Pierwsze ognisko rozpoczynającej się kultury polskiej na ziemiach Zachodnich”. Exodus służebniczek dębickich do Chojnowa
Autorka artykułu s. dr Agnieszka Skrzypek SBDNP podejmuje temat dramatycznych losów służebniczek dębickich wypędzonych z Kresów Wschodnich w wyniku II wojny światowej oraz ich powojennej drogi na Ziemie Odzyskane. Tekst ukazuje tło historyczne ekspatriacji, realia wojenne i powojennego osiedlania się Polaków, a także szczególną rolę sióstr zakonnych w odbudowie życia religijnego, społecznego i wychowawczego w Chojnowie. Artykuł stanowi ważny głos w refleksji nad początkiem polskiej obecności kulturowej i duchowej na Dolnym Śląsku po 1945 roku.
s. dr Agnieszka Skrzypek SBDNP
„Pierwsze ognisko rozpoczynającej się kultury polskiej na ziemiach Zachodnich”
- Exodus służebniczek dębickich do Chojnowa
Wstęp
Sytuacja wojenna zarówno w Europie, jak i na innych kontynentach w kontekście osiemdziesiątej rocznicy zakończenia II wojny światowej i rozpoczęcia tzw. ekspatriacji może skłaniać wielu historyków i badaczy archiwaliów do analiz i swoistej refleksji nad konsekwencjami, które niesie wojna. Spojrzenie na procesy, które doprowadziły do powstania takiej a nie innej sieci placówek Zgromadzenia Służebniczek Dębickich na zachodzie i na północy Polski w pierwszym dziesięcioleciu po zakończeniu działań wojennych, może być też twórcze, myślę, że zarówno dla zainteresowanych tematem mieszkańców Chojnowa, ale także dla samych sióstr służebniczek.
Służebniczki Bogarodzicy Dziewicy, bo pod taką nazwą rozpoznawano je w połowie XIX w. w Wielkopolsce, zostały założone przez Edmunda Bojanowskiego[1], który wiedziony potrzebą serca oddanego Bogu i najbardziej potrzebującym, wykorzystał swoje zdolności oraz doświadczenia pedagogiczne, zdobyte w okresie studiów we Wrocławiu i w Berlinie, a także
z podróży po zachodnich krajach Europy i rozwinął polskie tradycje wychowawcze, tworząc spójny system wychowania integralnego dzieci, a przez nie środowiska wiejskiego. Początek temu dziełu w Wielkopolsce dała ochronka w Podrzeczu, założona w 1850 r. na prośbę wieśniaczki Franciszki Przewoźnej. Na ten cel ofiarowała ona część pomieszczeń swego domu. Przykład pracy pierwszych ochroniarek – trzech wiejskich dziewcząt, które zajęły się dziećmi, chorymi i ubogimi w środowisku wiejskim pociągnął za sobą kolejne inicjatywy. Tym razem ziemianie, przyjaciele E. Bojanowskiego w swoich dobrach w Kopaszewie i Rąbiniu zaczęli fundować kolejne ochronki, widząc w nich pożytek zarówno dla dzieci, chorych i ubogich, a także dla kobiet i młodych dziewcząt, dla których służba w ochronkach była swoistego rodzaju formą emancypacji.
Ówczesne ziemiaństwo, stopniowo także duchowieństwo, dostrzegało w ochronkach miejsca integracji społeczności wiejskiej, zarówno wokół wartości katolickich, jak
i narodowych. Opieka, którą służebniczki objęły wiejskie dzieci, ubogich i chorych, była bowiem odpowiedzią na ówczesne problemy społeczno-religijne Polaków żyjących pod zaborami, dlatego też zgromadzenie szybko rozwinęło się także w Galicji i na Śląsku jeszcze za życia założyciela. Od lat 60-tych XIX w. służebniczki podejmowały działalność opiekuńczo – wychowawczą w Galicji wśród ludności polskiej, ruskiej i żydowskiej. W skutek zarządzeń władz państwowych i kościelnych na terenie monarchii austro-węgierskiej wykształciły się z czasem dwie odrębne od siebie, niezależne od przełożonej generalnej w Wielkopolsce, gałęzie służebniczek. Od miejscowości, w których powstały najpierw nowicjaty a później domy generalne zostały nazwane odpowiednio od Starej Wsi - służebniczkami starowiejskimi (1866) i od Dębicy - dębickimi (1891). Służebniczki dębickie, dzięki bardzo dobremu uposażeniu hrabiostwa Raczyńskich Karola i Karoliny w Dębicy, szybko zaczęły rozwijać się nie tylko na terenie diecezji tarnowskiej, ale również lwowskiej, przemyskiej i stanisławowskiej. Kandydatki napływały zarówno z terenów zaboru pruskiego, jak i austriackiego, co pozwalało na zakładanie nowych placówek, głównie na terenach południowo-wschodnich dawnej Rzeczypospolitej. Do wybuchu II wojny światowej na tym terenie zostało założonych ponad 40 domów, w których służebniczki prowadziły działalność oświatowo-wychowawczą w przeważającej liczbie były to ochronki, ale także bursy, sierocińce, internaty itp. Opieką pielęgnacyjną siostry obejmowały przede wszystkim ubogą ludność wiejską oraz mieszkającą w większych miastach (Lwów, Stanisławów, Czerniowce). W roku 1939 siostry posługiwały w województwach: lwowskim, stanisławowskim oraz tarnopolskim już w 24 placówkach, w których prowadziły ponad 20 dzieł opiekuńczo-wychowawczych. Niestety na skutek zmiany granic powojennej Polski, bezpowrotnie dzieła te, a wraz z nimi niektóre domy i część ziemi zostały utracone.
1. Służebniczki dębickie podczas okupacji niemieckiej i sowieckiej na Kresach
Zanim doszło do przymusowych przesiedleń ludności polskiej z Kresów, niekiedy
w popłochu, głodzie i zimnie, to należy wspomnieć, że Zgromadzenie Służebniczek Dębickich w momencie wybuchu wojny było w szczytowym okresie rozwoju. Nigdy w swojej historii nie posiadało tylu placówek, natomiast wzrastająca liczba powołań dawała nadzieję na dalszy rozwój, jak na to wskazywały dane. W 1939 r. w domu macierzystym w Dębicy przebywało 22 nowicjuszki i 44 postulantki, a w 106 domach posługiwało 473 siostry profeski[2]. Większość placówek znajdowała się w województwach: krakowskim, lwowskim, stanisławowskim i tarnopolskim. Gdybyśmy spojrzeli na mapę w odniesieniu do struktury kościelnej to zauważymy, że służebniczki dębickie posługiwały w 11 diecezjach. W diecezji tarnowskiej, gdzie służebniczki przybyły jako pierwsze, uciekając przed ostrzem polityki Kulturkampfu, było zlokalizowanych najwięcej domów, bo aż 46, w archidiecezji lwowskiej 21, w diecezji przemyskiej 14 oraz po kilka w pozostałych. Wśród różnorodnych posług siostry prowadziły 79 dzieł wychowawczych oraz 20 innych związanych z pielęgnowaniem chorych.
Mapa 1. Struktura działalności służebniczek dębickich w 1939 r.
Źródło: Obliczenia własne na podstawie danych z AGSD, sygn. MH 104
Z danych archiwalnych wiadomo, że większość placówek służebniczek dębickich była zakładana w małych miejscowościach. Osiem domów znajdowało się na wioskach w Balicach, Dytiatynie, Folwarkach, Kaczanówce, Maksymówce, Ostapiu, Petlikowcach Starych i Twierdzy, pięć w kilkutysięcznych miasteczkach, do których należały: Jagielnica, Jezierna, Mosty Wielkie, Tartaków i Witków Nowy, tyleż samo w większych miastach: Mikulińce, Monasterzyska, Sambor, Skałat. Dwa większe ośrodki miejskie, w których siostry posługiwały to Lwów, gdzie pracowały w Zakładzie Naukowym im. dra Józefa Torosiewicza i Stanisławów. W tym mieście służebniczki prowadziły 5 dzieł wychowawczych. W sumie siostry oddawały się pracy wychowawczo-opiekuńczej w 24 placówkach zlokalizowanych w 19 miejscowościach. W Maksymówce, prowadząc dom wypoczynkowy dla księży, dojeżdżały także do Wełdzirza, gdzie zajmowały się dziećmi. Kierowały 16 ochronkami, wśród których od roku 1935/36 było 11 przedszkoli „Caritas”, ponadto prowadziły 3 bursy, 2 zakłady dla sierot i 2 zakłady wychowawcze oraz prawie na każdej placówce służyły chorym po domach.
Wojna nie od razu przerwała działalność sióstr. Służebniczki robiły wszystko, by mimo przeciwności i utrudnień poszczególnych władz okupacyjnych być blisko ludzi i im służyć, choćby przez dożywianie dzieci i ludności (np. Stanisławów, Mikulińce), współpracując z Radą Główną Opiekuńczą, „Caritas” itp. Zgromadzenie traciło domy i prowadzone dzieła stopniowo. Wkroczenie Niemców, a następnie wojsk sowieckich odcięło placówki zgromadzenia „za Sanem” od kontaktu z domem generalnym w Dębicy. W Kronice Zgromadzenia zapisano: „Przemilczamy o placówkach znajdujących się poza Sanem czyli, pod panowaniem Rosji, gdyż porozumiewanie się z nimi jest utrudnione i wieści przedostające się do nas, szczupłe. Rzeczywisty i zupełny stan poznamy dopiero po przywróceniu pokoju i wtenczas opis jego dla pamięci [zamieścimy]”[3]. Przez prawie dwa lata siostry nie mogły się oficjalnie kontaktować z przełożoną generalną poza zaszyfrowanymi listami. W listach pisały np. że odbył się ślub - była to informacja, iż udało się siostrom ponowić w danym miejscu profesję zakonną. Stąd na polecenie bpa Eugeniusza Baziaka przełożona domu we Lwowie s. Walentyna Bochenek objęła obowiązki siostry koordynującej działalnością służebniczek dębickich na opisywanych terenach. Na podstawie zachowanych świadectw i opisów możemy z całą pewnością powiedzieć, że pod okupacją sowiecką służebniczkom żyło się znacznie trudniej niż pod panowaniem niemieckim. O „przykrej sytuacji sióstr pod zaborem bolszewickim” informują zapisy w Kronice Zgromadzenia pod koniec 1941 r.
Siostry zostały zmuszone przez sowietów do zdjęcia stroju zakonnego, część z nich musiała uciekać z placówek i szukać schronienia pośród osób świeckich i u księży
na plebaniach, opuszczając placówki: w Folwarkach, Jagielnicy, Maksymówce, Mikulińcach, Monasterzyskach, Mostach Wielkich, Petlikowcach, Skałacie, Stanisławowie, ponadto bursę
w Samborze, ochronki w Tartakowie i Witkowie Nowym, w kilku posługiwały od prawie 40 lat (Folwarki, Jagielnica, Monasterzyska, Stanisławów, Tartaków). Z niektórych przekazów sióstr wiadomo, że były miejscowości, gdzie grożono siostrom wywiezieniem na Sybir (Folwarki, Lwów, Maksymówka). Sytuacja poprawiła się po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej (czerwiec 1941) wtedy siostry mogły ponownie ubrać habity i wrócić do domów w Folwarkach, Jagielnicy, Maksymówce, Monasterzyskach, Petlikowcach, Stanisławowie (zakład wychowawczy) i Twierdzy. Niemcy nakazali opuścić siostrom tylko ochronkę przy ul. Czystej 10c w Stanisławowie (własność zgromadzenia) z tego powodu, że dzielnicę tę przeznaczono na getto. Natomiast w domu przy ul. P. Skargi 16 przełożona s. Sydonia Walicht, narażając się okupacyjnym władzom, dała schronienie Siostrom Szkolnym de Notre Dame, które zostały zwolnione z niemieckiego więzienia, wśród nich była s. Antonina Krotochwil późniejsza błogosławiona. Dzięki odwadze przełożonej i pomocy żydowskiego lekarza, s. Antonina została umieszczona w szpitalu dla zarażonych na tyfus w getcie, a po śmierci ciało jej zostało potajemnie wywiezione i pochowane w grobowcu służebniczek dębickich[4]. W Tartakowie ochronka zajęta przez wojsko sowieckie spłonęła podczas bitwy przy wkroczeniu Niemców i w 1942 r. siostry przeniosły się na plebanię[5]. Z ich relacji wynika, że dużo wycierpiały od żołnierzy sowieckich. Były również świadkami mordów na polskim duchowieństwie[6]. Śledząc losy części sióstr , wierzyć się nie chce, że niektóre z nich przeżyły praktycznie więcej niż dwie okupacje.
W roku 1944 służebniczki uciekały przed mordami nacjonalistów ukraińskich z kilku miejscowości. Siostra Filotea Judka, która podczas wojny opuściła Witków Nowy, uciekając przed Ukraińcami dostała się do Tartakowa. Z jej relacji oraz opublikowanych dokumentów dekanatu bełskiego wiadomo, że po rozpoczęciu mordów na Polakach przez bandy ukraińskie księża opuścili Tartaków, a służebniczki dębickie pozostały z ludnością i z kluczami
od kościoła[7]. W Witkowie Nowym, gdzie prowadziły ochronkę, również postanowiły zostać, choć ksiądz proboszcz Tadeusz Pilawski, namawiał je, aby opuściły dom i wyjechały razem
z nim. Tego samego roku w czasie napadu na kościół podpalono klasztor. Zamknięte
w klasztorze trzy zakonnice i dwie rodziny skakały z okien pierwszego piętra by ratować życie[8]. W Mostach Wielkich s. Karina Rysak i s. Lubiną Wawrzyniak przeżyły tylko dzięki ostrzeżeniu, że będą mordować w ich miejscowości. Spakowały rzeczy i wyjechały do Lwowa do sióstr, które tam pracowały[9]. Siostry z Maksymówki zdołały wyjechać z Wełdzirza
do Dębicy 12 marca 1944 r. „Cudem Bożym” ocalone przed palącymi i mordującymi całe wioski polskie Ukraińcami[10]. Natomiast służebniczki z Petlikowic Starych s. Kryspina Cnota
i przełożona s. Beata Kogut były świadkami mordów w okolicach Bobuliniec[11]. One miały mniej szczęścia niż pozostałe, bo są ofiarami strzelaniny w kościele 16 kwietnia tego roku
w Petlikowcach Starych. Po Mszy Świętej, gdy ksiądz wyjechał, wg relacji s. Kryspiny
do kościoła wpadli Niemcy i strzelali. Zabili 3 mężczyzn, jednego ministranta i postrzelili obie siostry. Siostra Beata Kogut wskutek obrażeń zmarła, pochowano ją pod murem kościelnym, a gdy ustały mordy przeniesiono jej ciało na cmentarz[12]. Siostra Władysława Tajanowicz oraz zapisy nekrologiczne podają, że s. Beata została zabita przez Niemców w kościele[13]. Opublikowane w 2004 i 2020 r. relacje tego zdarzenia wskazują jednoznacznie na ukraińskich nacjonalistów[14].
W roku 1944 zgromadzenie straciło więc siostrę i kilka kolejnych placówek
w Petlikowcach Starych, Jagielnicy, w Stanisławowie ul. Czysta 10c, w Skałacie (przedszkole), ponadto siostry straciły też pracę we Lwowie przy ul. Skarbkowskiej 21, gdzie siostry prowadziły kuchnię Zakładu Naukowego im. J. Torosiewicza. Tam też w niemal cudowny sposób, jak wspominały s. Walentyna i s. Karina został ocalony w ich domu młody Żyd, którego ochroniły z narażeniem życia w czasie rewizji niemieckiej[15]. W maju udało się także siostrom z Tartakowa wywieźć, za pozwoleniem abpa E. Baziaka, łaskami słynący wizerunek Matki Bożej Tartakowskiej, który przywiozły do domu generalnego w Dębicy[16] z kolejną falą uciekinierów z Wołynia. Spośród siedemdziesięciu dwóch sióstr pracujących na Kresach przed wybuchem II wojny, pięć zmarło i zostały pochowane w miejscowościach, gdzie posługiwały (Jezierna, Ostapie, Sambor, Tartaków i Twierdza). Jedna została zabita przez ukraińskich nacjonalistów w Petlikowcach Starych, część opuściła te tereny w czasie trwania działań wojennych. Na terenie ZSRR pozostało pięć sióstr, które nie wróciły do Polski w jej nowych granicach w 1945 r., zaś trzynaście wróciło do kraju z ludnością, z którą podzieliły los ekspatriowanych Polaków.
2. Ekspatriacja służebniczek z Kresów na Ziemie Odzyskane
W świadomości zbiorowej służebniczek funkcjonuje wciąż pojęcie repatriacji oraz tzw. sióstr repatriantek utrwalone w dotychczasowych opracowaniach historii zgromadzenia. Współcześnie przesiedlenia ludności ze wschodnich terytoriów II Rzeczypospolitej na ziemie zachodnie i północne rozpoczęte po zakończeniu wojny zwane repatriacją, ewakuacją, ucieczką i używane są zamiennie, określa się ściślejszym, jak się wydaje, pojęciem ekspatriacji, czyli opuszczenia lub wydalenia z ojczystego kraju. Termin ten szeroko rozumiany odnosi się zarówno do dobrowolnego wyjazdu do innego państwa (np. w celach zarobkowych), jak i do przymusowego wydalenia z ojczyzny, często wiążącego się z utratą obywatelstwa.
Zbliżający się koniec wojny przyspieszał ewakuacje sióstr. W roku 1945 służebniczki opuściły 8 domów: w Dytiatynie, Folwarkach, Jeziernej, Mikulińcach, Mostach Wielkich, Ostapiu, w Twierdzy i Zakład Sierot przy ul. Długiej w Stanisławowie[17]. Z powodu ekspatriacji ze wschodnich placówek w 1946 r. służebniczki straciły kolejne domy własne
w Monasterzyskach, Kaczanówce, Stanisławowie, ul. Piotra Skargi 16, gdzie prowadziły zakład sierot i przedszkole, pozbawiono je też pracy w zakładzie sierot w Witkowie Nowym, który nie był ich własnością[18].
Na mapie 2 przedstawiono 19 miejscowości, które po ostatecznym ratyfikowaniu ustaleń Wielkiej Trójki (2 VIII 1945) znalazły się poza granicami Polski. Służebniczki tam posługujące stanęły przed dylematem pozostać czy wrócić? Niektóre siostry pochodziły
z terenów kresowych, była to ich ziemia rodzinna, która również w dosłownym znaczeniu je wykarmiła więc ekspatriacja była dla nich podwójnie bolesna. W Balicach i Samborze, miejscowościach położonych najbliżej granic „utraconej ojczyzny”, siostry postanowiły pozostać z rodakami, a warunkiem było pozostanie w świeckich strojach. Natomiast siostry
z miejscowości, których jeszcze do tej pory nie opuściły, rozpoczęły wraz z ludnością exodus na tzw. Ziemie Odzyskane, można powiedzieć symbolicznie „ziemie nieznane”, gdzie zgromadzenie jeszcze nie posługiwało.
Mapa 2. Placówki Służebniczek Dębickich na Kresach w 1939 r.
Źródło: AGSD, MH 104 - Katalog Zgromadzenia SBDNP na rok 1939
Warto wspomnieć, że pierwsze wyjazdy sióstr sprowokowane działaniami nacjonalistów ukraińskich zaczęły się już na przełomie 1944 i 1945 roku i zeszły się
z wyjazdami organizowanymi w ramach akcji przesiedleńczej ludności polskiej ze wschodnich terenów II Rzeczypospolitej na mocy porozumień zawartych z Białorusią i Ukrainą. Przewidywały one, że od 15 września do 15 października 1944 r. przeprowadzona zostanie rejestracja osób chcących wyjechać, a sama operacja przesiedlenia ludności potrwa
od 15 października 1944 r. do 1 lutego roku następnego. Okazało się jednak , że terminy nie były możliwe do zrealizowania, dlatego pierwsza fala repatriacji trwała do 1947 r. Kwestiami organizacyjnymi po stronie polskiej zajmował się powołany na mocy dekretu PKWN
z 7 października 1944 r. Państwowy Urząd Repatriacyjny[19]. Polacy chcący wyjechać, zgłaszali się do rejestracji i po stwierdzeniu autentyczności obywatelstwa polskiego otrzymywali zaświadczenie o złożeniu dokumentów repatriacyjnych, mogli jeszcze zmienić decyzję do momentu odbioru karty ewakuacyjnej. Czym była owa karta? Był to niewielki formularz dwujęzyczny polsko-ukraiński, zawierający podstawowe informacje o właścicielu karty (przełożona domu), członkach rodziny (siostry wspólnoty), inwentarza żywego i przedmiotach użytku domowego, które przewożono. W teczkach osobowych s. Bogusławy Kaim i s. Salutarisy Marciniak przybyłych do Chojnowa, a ekspatriowanych z Folwarków Monasterzysk, brak jest kart ewakuacyjnych są tylko paszporty. W aktach domów zlikwidowanych i aktach osobowych innych sióstr repatriantek (tak też nazywano siostry przybywające z Kresów) zachowało się cztery takie karty.
Według przepisów regulujących akcję przesiedleńczą, każda rodzina, a tak traktowano siostry zamieszkujące dom zakonny, miała możliwość zabrania 2 ton bagażu, w skład którego wchodziły: odzież, obuwie, żywność, sprzęt domowy i inwentarz żywy. Pozostawione mienie miało być opisane i oszacowane[20]. Oto kilka przykładów. Służebniczki z Kaczanówki wzięły kozę, 10 produktów żywnościowych (w tym zbóż) oraz 10 przedmiotów użytku domowego[21], z Jagielnicy została zabrana koza, 15 produktów żywnościowych (w tym zbóż) oraz
5 przedmiotów użytkowych[22]. Siostry z Folwark Monasterzysk przewiozły krowę, 2 kozy
i 15 kur. Przed transportem zwierzęta znajdowały się 5 dni na kwarantannie sanitarnej
i zrobiono im diagnostyczne badania, także zapobiegawcze szczepienia. Informuje o tym zaświadczenie weterynaryjne[23]. Pożegnanie z ziemią ojców było dla wielu bardzo trudne
i rzewne. Niektóre siostry z ociąganiem, inne w pośpiechu pakowały najbardziej przydatne rzeczy, wyruszając bydlęcymi wagonami razem z ludnością polską w wielomiesięczną tułaczkę. Ekspatriacja odbywała się w zaplanowany z góry sposób. Przesiedlana ludność miała dotrzeć wraz z dobytkiem w określonych terminach (lato 1945) na wyznaczone stacje kolejowe, na których czekano na transport, czasami kilka tygodni pod gołym niebem, w zimnie i deszczu, co powodowało choroby, brud, wszawicę. Niekiedy dochodziło do kradzieży przewożonego mienia przez ludność ukraińską. Gdy podstawiano wagony, najczęściej bez dachu, ładowano do nich zarówno ludzi jak i zwierzęta. Podróż trwała od dwóch do trzech miesięcy w chłodzie, brudzie i głodzie.
W wyniku ekspatriacji służebniczek dębickich powstało 6 nowych placówek zgromadzenia na tzw. Ziemiach Odzyskanych w: Kościenicach (s. Eustachia Pronobis
i s. Leopolda Antas z Jagielnicy), Myśliborzu (s. Martyna Kralisz i s. Krescencja Kralisz
z Kaczanówki), Kolsku (s. Sydonia Walicht i s. Dolorosa Matuszewska ze Stanisławowa), Dąbrowie Niemodlińskiej (s. Zdzisława Kaczmaryk i s. Olga Banasik z Monasterzysk), Oławie (s. Joachima Buca, s. Zygmunta Bogacz i s. Romualda Parteka ze Lwowa i Witkowa Nowego) i Chojnowie, do których przybyły siostry: Bogusława Kaim i Salutarisa Marciniak z Folwark Monasterzysk wraz z przesiedlaną ludnością. Trzeba jeszcze wspomnieć, że na Ziemiach Zachodnich w czasie trwania ekspatriacji miało miejsce przejmowanie własności zgromadzeń zakonnych o proweniencji niemieckiej (Elżbietanki, Marianki czy Franciszkanki), pod pretekstem opuszczanych, rzekomo dobrowolnie, przez te siostry dzieł i domów zakonnych. Urząd Repatriacyjny, niejednokrotnie w porozumieniu z duchowieństwem, które obejmowało opuszczone przez niemieckich księży parafie i kościoły, przydzielał „pustostany” innym zgromadzeniom zazwyczaj bez regulacji własności. Zgromadzenie Służebniczek Dębickich przyjęło w dwóch miejscach takie propozycje w Wałbrzychu po Elżbietankach i w Cieplicach, gdzie przyjechały w miejsce Franciszkanek. W obu tych placówkach służebniczki prowadziły po swoich poprzedniczkach przedszkola, do czasu powrotu sióstr właścicielek (1957). Zostało to przedstawione graficznie.
Źródło: AGSD, KD, MH 104
W większości, z tych 8 miejscowości siostry służebniczki nie pozostały jednak długo. Najczęściej nie było odpowiednich warunków mieszkaniowych i pracy w charyzmacie. Służebniczki przebywały od roku do 10 lat za wyjątkiem dwóch placówek Kolska i Chojnowa, gdzie otworzono ochronki a siostry zaczęły wychowywać i katechizować dzieci. Przyjęły również opiekę nad kościołem parafialnym, wychodząc ze swoją posługą do chorych w ich domach. Służebniczki podjęły niemały trud walki o zachowanie mienia, które otrzymały, a które miało być swoistą rekompensatą za to, które pozostawiły za wschodnią granicą. W Kolsku posługiwały do 1991 roku, w Chojnowie są do dzisiaj.
Ostoją placówek Zgromadzenia na Ziemiach Odzyskanych, powstałych w wyniku ekspatriacji, stał się Chojnów z ponad 700-letnią historią w województwie wrocławskim. Pierwsza wzmianka historyczna o Chojnowie jako civitas pochodzi z dokumentów historycznych z roku 1288, Nazwa zaś miejscowości wiąże się prawdopodobnie z określeniem obszaru porosłego chojną sosną[24]. Przez wieki miasto nie zaliczało się do wielkich ośrodków miejskich, ale było bogate w tradycje, sięgające Piastów Śląskich, a nawet Piotra Włostowica palatyna Bolesława Krzywoustego[25]. Idealnie wpisywało się więc w narracje historyczne komunistycznej władzy, dla której każdy argument uzasadniający przynależność tych ziem do Polski, jako rodzimych był eksponowany. Podobnie jak gloryfikowanie piastowskich władców, walczących z niemieckim sąsiadem o zdobycie i utrzymanie Pomorza Zachodniego. Już przez te zaszłości dziejowe Chojnów wpasowywał się idealnie w geografię ekspatriowanych wspólnot. Średniowiecze i renesans to dla miasta okres rozwoju, także cechów rzemieślniczych, o czym świadczą zachowane do dzisiaj zabytki z tego okresu, ot choćby Baszta Tkaczy. Wojny szwedzkie, czasy zaborów i stacjonowanie wojsk Napoleona, a i samego cesarza Francuzów w Chojnowie był okresem upadku i regresu.
W czasach znacznie nam bliższych chojnowski ośrodek był dobrze zorganizowany
i gospodarowany przez Niemców. Źródłem rozwoju stała się żelazna droga – kolej, dzięki której rozwinął się XIX - wieczny przemysł z produkcją glansowanych rękawiczek, jako swoistą marką Chojnowa rozpoznawaną do początku XX wieku w całej Europie, a nawet
na amerykańskim rynku[26]. Jednym z bogactw naturalnych było też drewno, wykorzystywane w przemyśle drzewnym i papierniczym. Dobrze prosperujące zakłady papiernicze przyciągały nowych mieszkańców. Przed wybuchem II wojny światowej powiat złotoryjski nosił nazwę Powiat Złotoryja/Chojnów (Kreis Goldberg-Haynau), starosta urzędował więc 3 dni w tygodniu w Złotoryi i 3 dni w Chojnowie, o czym pisał Alfred Żydek pierwszy burmistrz po wojnie, na początku swoich wspomnień[27].
Jak pisze autor w swoich wspomnieniach zaraz po wojnie miasto było zniszczone
w 55% wskutek działań wojennych. Straszyły widokiem zdewastowane i nieczynne zakłady, tylko garbarnia, browar, słodownia i olejarnia pod zarządem Komendy Wojsk Radzieckich miały się dobrze. W mieście nie było też żadnych sklepów, bo nie było co kupować, ale też nie było pieniędzy ani radzieckich ani polskich. Jeszcze tu i ówdzie się paliło, wszędzie ruiny, pełno Niemców. Wówczas nie wiedziałem czego się najpierw chwycić, z kim pracować w nawale dezorganizacji. Zastałem miasto głuche – bez światła elektrycznego, bez wody i gazu. Wszędzie gruzy. Kto tego wtenczas nie przeżywał ten nigdy w to nie uwierzy. Rozglądając się po mieście zdjęty strachem chciałem zrezygnować z mojej nominacji i z powrotem wrócić na Górny Śląsk[28].
Napływali zarówno Niemcy, jak i nowi osadnicy czy raczej przesiedleńcy. Z powodu braku odpowiednich środków, a przede wszystkim wody, którą czerpano z rzeki Skory wybuchła epidemia tyfusu. Komenda Miasta zarządziła szybko izolację chorych, wydała leki
i odpowiednie środki niemieckiemu lekarzowi Wolfowi, dzięki temu szybko udało się stłumić dalszy rozwój choroby. Kto pracował obojętnie czy to u władz polskich, czy radzieckich otrzymywał prowiant. W czerwcu 1945 r. rozpoczęły działać trzy instytucje: Urząd Miasta, Poczta i PKP. Początkowo burmistrz posługiwał się Niemcami, gdyż takie były odgórne założenia stopniowego przejmowania tych ziem. Niemieccy mieszkańcy Chojnowa wiedzieli
jak obsługiwać niektóre urządzenia w zakładach, znali się na mechanizmach. Dlatego zakładano, że na początku pewna liczba ludności niemieckiej musi pozostać, aby wprowadzić i nauczyć polskich mieszkańców obsługi urządzeń, ale nie mogli tu się osiedlić na stałe, po kilku latach mieli wyjechać z Polski. Spis, jaki przeprowadzono w połowie czerwca 1945 r. wykazał, 12,5 tys. mieszkańców, a wśród nich było już 94 Polaków i 15 czerwca 1945 r. miasto zostało przekazane z rąk radzieckich w ręce Polaków. Burmistrz A. Żydek zapisał wówczas:
To był najpiękniejszy dzień mego życia, nigdy mi się nawet nie przyśniło, że przypadnie
mi wziąć udział w historii miasta[29]. W tym samym czasie służebniczki dębickie razem
z ludnością z Folwarków Monasterzysk przygotowywały się do ewakuacji. Nie wiedziały jeszcze, że celem ich trzymiesięcznej podróży w bydlęcych wagonach będzie Chojnów - owo miasto, którego historię zaczną pisać razem z nowym burmistrzem.
W Monasterzyskach w powiecie buczackim w województwie tarnopolskim siostry posługiwały od końca XIX w., prowadząc ochronkę dla dzieci, opiekując się chorymi i niosąc pomoc ubogiej ludności[30], natomiast na początku wieku XX właściciel gruntów w Folwarkach, Władysław hr. Młodecki, ofiarował część parceli na wieczystą dzierżawę dla służebniczek dębickich, aby w tych dobrach siostry mogły również prowadzić ochronkę[31].
W Monasterzyskach była bowiem fabryka tytoniu i właściciel zakładu hrabia Władysław postanowił ufundować drugą ochronkę w Folwarkach (dzielnicy miasta), aby zapewnić opiekę dla dzieci tychże robotników. Siostry były zżyte z mieszkańcami, co opisała wychowanka sióstr Czesława Krzyszowska[32], dlatego też samo pożegnanie w Folwarkach Monasterzyskach, ostatnie chwile Polaków na ich ojcowiźnie siostry przeżywały wspólnie z nimi.
„Ludność z Folwarków udała się najpierw do kaplicy sióstr, całowali progi i mury ochronki, a następnie do kościoła, aby wspólnie modlić się i śpiewać, i prosić o pomoc Matki Bożej we łzach z płaczem ucałowali mury kościoła, bo obrazy i statuty rozbierano, niesiono
i wieziono ze sobą, ale przede wszystkim obejmowano krzyże, klękano i całowano starą ojcowską ziemię i roszono łzami. Każdy zdawał sobie sprawę z tego, że kaplice kościoły zostaną sprofanowane, zniszczone, a oni pójdą w kraj daleki i obcy. Z pieśnią Maryjną na ustach i łzami w oczach opuszczano Monasterzyska oglądając się do chwili, aż z widnokręgu zginęły zabudowania kominy i wieża kościoła”[33]. W aktach domu w Monasterzyskach zachował się wiersz ilustrujący w przejmujący sposób uczucia Polaków, odjeżdżających na zawsze z kresowych stron.
Żegnaj nam kościółku, tyś dla nas ojcem był
Tyś świadkiem krwi naszej, cieknących Polskich żył.
Żegnaj nam Polsko wiosko, co kwitniesz w kwiatach bzu.
Już więcej nie usłyszysz Piosenek Polskich słów.
Nie dla nas słonko świeci, nie dla nas wiosny czas,
nie dla nas wolność jest. Nikt nie doczeka z nas.
Nad nami przyszłość czarna. Nad nami groźny los,
usłysz nas Boże wielki, nas biednych tęsknych głos.
Przyjm nas Polska Matko, nie oddal biednych nas.
Żegnajże cię Podole, bo już ostatni raz.
Musimy żegnać niwy i swój rodzony próg.
Niech więcej nie przelewa krwi naszej straszny wróg.
Żegnajcie Ojcowie, Matki co spoczywacie już,
już więcej nie zaniosę na grób wam wonnych róż.
Żegnajcie siostry, bracia, co w mogile ciemnej już,
rżnął was ten straszny banderowski nóż.
Żegnajcie nam żegnajcie, bo my jedziemy w głąb
Do swej Polski Ukochanej, by uniknąć ich rąk[34].
Dnia 15 lipca 1945 r. siostry Bogusława (Salomea) Kaim i Salutarisa (Maria) Marciniak zostawiły w Folwarkach przy ul. Dolnej 2 dom - murowany parterowy z kuchnią, trzema pokojami, dużą salą dla dzieci i kaplicą oraz resztę dobytku - dom kryty dachówką, stajenkę, krowę, ok. 1,5 ha pola, duży ogród ok. 0,5 morgi[35] i udały się na przystanek w Pyszkowcach, aby załadować się do wagonów, gdyż wszystko było zaminowane z powodu działań wojennych i pociąg nie dojeżdżał do Monasterzysk. W Pyszkowcach przez cztery tygodnie wszyscy czekali na podstawienie wagonów, bez opieki na pustym polu, żadnego dachu nad głową, pod gołym niebem. Nie było gdzie spać. Siostry razem z ludźmi stawiały tzw. budy z desek pochodzące z łóżek i szaf, aby schronić się od deszczu. Nie było czym palić, aby coś ugotować, nie było wody. Ludziom zaczął dokuczać głód, brud i nędza, a w nocy podchodziły bandy ukraińskie wykradały zwierzęta, rabowali te, które sobie Polacy zabrali. Po miesiącu takiego koczowania podjechał pociąg, ale z wagonami bez dachu i tak siostry z ludźmi załadowano do tych wagonów. Wówczas miało miejsce pewne zdarzenie, świadczące o solidarności Polaków z służebniczkami, zostało zapamiętane i opisane przez młodą wówczas Czesławę: „A kiedy już w tym pośpiechu ładowania się znowu banda ukraińska zostawiła dla siebie i odpędziła krowę sióstr kawał od tego miejsca [gdzie stał pociąg] . Przywiązano ją do drzewa za krzakami, ktoś zauważył i zaczął krzyczeć, że krowa sióstr została tam za krzakami. Siostry myślały, że jest razem z innymi krowami w wagonie, ale ludzie zrobili ruch i wszyscy poszli po krowę, odwiązali, przyprowadzili i na rękach wnieśli do wagonu – siostry płakały”[36].
Tułaczka służebniczek i ludności trwała prawie trzy miesiące. W zimnie i głodzie transport dotarł do Wrocławia jesienią 1945 r. Po drodze część ewakuowanych Polaków została w Psim Polu, w Środzie Śląskiej, a część przydzielono do Chojnowa, do którego według relacji sióstr repatriantek, transport dojechał dopiero 10 listopada. Tymczasem siostry opisują, że było już bardzo zimno i mroźno[37]. Siostry i ludzie zastali zburzone domy, rumowiska i spalone zgliszcza, a nawet palące się jeszcze domy i wybuchające miny. Spotkać można było tylko ludzi narodowości niemieckiej i kilka osób już przyjezdnych Polaków, a potem co tydzień było więcej. Ojcowie i synowie powracający z wojny odnaleźli swoje rodziny i zaczęto się osiedlać. Nie było, gdzie bezpiecznie przenocować. Siostry razem z tymi ludźmi i dziećmi jeszcze w jednym domu przebywały. Urząd Repatriacyjny Inspektorat Osadnictwa Złotoryja – Chojnów zajął się przybyłą ludnością i siostrami. Przydzielono służebniczkom dom przy ul. Dąbrowskiego 2 na podstawie dokumentów, które poświadczały, że w Folwarkach Monasterzyskach posiadały i pozostawiły własny dom – ochronkę, inwentarz oraz ziemię[38]. Z dokumentacji odnalezionej w Archiwum Państwowym w Legnicy dowiadujemy się, że dom, który zaproponowano siostrom, przed wojną należał do Oswalda Prokiera[39], niestety nie udało się dotąd ustalić kim był i co robił ów chojnowianin.
Siostry zgodziły się na ten dom, choć mogły odmówić i wybrać inny. Dom był bardzo uszkodzony, nikt nie chciał podjąć się naprawy, ponieważ część okien była powyrywana
i powybijana. Nie było drzwi od podwórka, a te wewnątrz powyrywane i zniszczone. W jednym pokoju zgnite i wpadnięte stropy, a w innych odpadnięte tynki i zacieki. Rury wodne wyrwane, przewody elektryczne zniszczone pełno rumowiska i brudu tak, że nie można było wejść do domu. Siostra przełożona Bogusława z s. Salutarisą podjęły się tej trudnej pracy. Najpierw usunęły gruz z dwóch pokoi, przygotowując je do zamieszkania. W grudniu po odszukaniu sióstr przyjechała panna Czesława Krzyszowska, pomagając w dalszej pracy
i porządkowaniu domu, który został doprowadzony do stanu zamieszkania[40].
Ludność ewakuowana z Folwark Monasterzysk nie była pierwszą i jedyną grupą ekspatriantów w Chojnowie. Pierwszymi osiedleńcami byli żołnierze z Brzeżan, Monasterzysk, Bolechowa, Ładyczyna, Rohatyna, Borysławia, Drohobycza, Śniatyna i Nowej Huty – powracający i odnajdujący swe rodziny. Z województwa tarnopolskiego przybyli wcześniej również mieszkańcy Brzeżan ze swoim księdzem proboszczem kan. Adamem Łańcuckim[41]. Z Kroniki Parafialnej dowiadujemy się, że już od czerwca 1945 r. repatrianci
z Małopolski Wschodniej z byłego województwa lwowskiego, stanisławowskiego
i tarnopolskiego przyjeżdżali partiami do parafii Chojnów. Transport, z którym przybył
ks. A. Łańcucki 12 października liczył 900 osób[42]. Z nominacji ks. dra Karola Milika administratora we Wrocławiu ksiądz proboszcz z Brzeżan zaczął pełnić obowiązki proboszcza w Chojnowie.
W 1945 r. nie było jeszcze prawnie erygowanych struktur kościelnych na tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdyż nie było pełnej ratyfikacji granicy zachodniej na Odrze, którą mógłby respektować Watykan, ponadto nie było wspólnego stanowiska Kościoła i nowej władzy de facto komunistycznej, która miała zupełnie inne plany dotyczące roli kościoła katolickiego. Prymas August Hlond, powracając z tułaczki wojennej do Polski otrzymał
od Stolicy Apostolskiej specjalne pełnomocnictwa, z których skorzystał i ustanowił
tzw. Administratury Apostolskie, tzn. tymczasowe jednostki struktury kościelnej, pełniące rolę dzisiejszych metropolii zwanych archidiecezjami. Od 15 sierpnia 1945 r. do połowy lat 50-tych funkcjonowało 5 takich jednostek: Administratura apostolska diecezji warmińskiej ze stolicą w Olsztynie, Administratura apostolska diecezji gdańskiej z siedzibą w Gdańsku, Administratura apostolska diecezji w Gorzowie, Administratura apostolska Śląska Opolskiego ze stolicą w Opolu i Administratura apostolska we Wrocławiu[43].
Nowy powojenny proboszcz zamieszkał na plebanii przy kościele parafialnym, obok mieszkającego jeszcze niemieckiego księdza Wiktora Gluschke, gdyż ten jeszcze sprawował opiekę duszpasterską nad niemieckimi katolikami pozostałymi w mieście. W samym Chojnowie było wówczas ok. 2000 Polaków, Niemców ok. 3500, w tym niemieckich katolików ok. 200. Reskrypt mianujący ks. A. Łańcuckiego samodzielnym duszpasterzem dla ludności polskiej z tytułem proboszcza parafii Chojnów nie naruszał praw kanonicznie ustanowionego proboszcza, równocześnie udzielił jurysdykcji proboszczowskiej w stosunku do ludności polskiej[44]. Szerzej sytuację ludności niemieckiej i polskiej na tych terenach oraz organizowanie życia Polaków przybyłych zza Buga tuż po zakończeniu wojny opisuje Kazimiera Jaworska w swoich artykułach[45].
Ksiądz A. Łańcucki wspólnie z władzami administracyjnymi przystąpił
do organizowania życia społeczno-religijnego mieszkańców. Wspólnie zorganizowano szkołę powszechną 7-klasową, w której 3 listopada 1945 r. rozpoczęło naukę 250 dzieci pod kierunkiem sześciu nauczycieli. Na odprawionym nabożeństwie byli zarówno uczniowie,
jak i grono nauczycielskie. Wspólna spowiedź młodzieży szkolnej z Komunią Św. miała miejsce w Dniu Patrona młodzieży polskiej Św. Stanisława Kostki 18 listopada, zaś uroczyste poświęcenie szkoły, w którym wzięły udział władze administracyjne miało miejsce kilkanaście dni później. Następnie urządzono „Poranek dziatwy szkolnej”, w którym uczestniczyli także rodzice uczniów. Ksiądz A. Łańcucki wygłosił przemówienie na temat: Kościół-rodzina i szkoła. W dalszej kolejności głos zabierali pełnomocnik urzędu, inspektor szkolny i dyrektor szkoły[46].
Wśród księży-repatriantów, którzy jesienią 1945 r. rozpoczęli pracę w Administracji apostolskiej Dolnego Śląska był także ks. Józef Zieliński[47], który w listopadzie przyjechał
w te strony wraz z parafianami z Bolechowa w archidiecezji lwowskiej, gdzie posługiwał.
Ksiądz A. Łańcucki przyprowadził go do sióstr wprost z transportu z prośbą, aby mógł zamieszkać u nich, bo na plebani nie było miejsca, a także prosił o możliwość stołowania się
księdza Zielińskiego u sióstr. Siostry nie odmówiły i z wielką sympatią pochyliły się nad kolejnym człowiekiem, który potrzebował ludzkiego podejścia, pamiętając własną niedawną jeszcze tułaczkę, którą tak opisywała Czesława (s. Euzebia) Krzyszowska:
„Podróż w wagonach towarowych, gdy pożywieniem był tylko suchy chleb, bo nie było wody, a jeśli zatrzymał się transport to często nie było czym palić i co gotować. Wszyscy odczuwali bardzo głód. Siostry, tak jak ludność z transportu, w jednym ubraniu, w którym wyjechały z Monasterzysk przyjechały do Chojnowa prawie przez trzy miesiące. Straszna nędza, brud [pisze Czesława tak jak było] wszy, pchły i inna nędza, robactwo dokuczało, tak przeszły siostry razem z tymi dziećmi i ludźmi i ja z nimi opuszczając ładnie odremontowaną ochronkę na Folwarkach (…) Ksiądz J. Zieliński jak przyszedł to bardzo się wstydził powiedział: Ja nie tylko jestem sam, ale po mnie chodzą białe towarzyszki wszy, ale s. Salutarisa powiedziała: Proszę księdza my takie same były, kilka dni temu oczyściły się. Przyniósł ksiądz we woreczku takim małym troszkę fasoli i powiedział: Więcej nic nie mam do jedzenia. A Siostry na to: A my mamy woreczek kaszy jęczmiennej i kilka kawałeczków suchego chleba. Mamy krowę i damy księdzu mleka (z tym chlebem), będziemy wspólnie spożywać to, co mamy”[48]. Po zamieszkaniu u sióstr ksiądz Józef zdeponował w pokojach, które zajmował do czasu uzyskania kluczy od kościoła Św. Piotra i Pawła, przedmioty kultu religijnego, przewiezione z Bolechowa[49].
Już w pierwszej połowie grudnia ks. J. Zieliński otrzymał stosowne pozwolenie administratury we Wrocławiu, na mocy którego został wikariuszem kooperatorem parafii Chojnów i prefektem szkół powszechnych tejże parafii[50]. Księża razem z nowymi mieszkańcami Chojnowa i siostrami zaczęli pracę duszpasterską. W dzień odpustu parafialnego w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny 8 grudnia 1945 r. ks. kan. A. Łańcucki i ks. J. Zieliński ogłosili, że od tej pory będą odprawiali Mszę świętą i słuchać spowiedzi dla Polaków o jednej wyznaczonej, ustalonej godzinie, bo w innych godzinach jest dla katolików niemieckich. Było to bardzo przejmujące, bo ludzie zobaczyli dwóch kapłanów i siostry przy ołtarzu z Brzeżan, Bolechowa, z Monasterzysk, Ładyczyna, Borysława. Z różnych stron Polski ludzie garnęli się do kapłanów i sióstr. Ksiądz kanonik w asyście ks. J. Zielińskiego wnieśli kielich i rozpoczęła się Msza Św., śpiew polski Serdeczna Matko Opiekunko ludzi… powstał jeden płacz, żal, a równocześnie radość, że po tak długich cierpieniach, tułaczce wojennej Polacy stanęli w Domu Bożym w dzień B.D.N.P. mogąc się wspólnie z kapłanami modlić, mogąc się wyspowiadać z wiarą, że nastał spokój, że nie będą musieli uciekać i kryć się przed wrogiem, bo są na wolnej ziemi – Ojczystej ziemi[51].
Służebniczki dębickie siostry: Bogusława i Salutarisa przybyły do Chojnowa
w listopadzie[52], ale oficjalna działalność placówki nastąpiła prawie rok później. Siostrom potrzebny był bowiem czas, aby uporządkować wybrany wspólnie z zaufanymi matkami Anielą Szura, Bronisławą Guralewską i innymi, dom przy ul. Ogrodowej 2 (tak nazywała się wówczas ulica, której nazwę zmieniono potem na ul. Dąbrowskiego 2-4 obecnie 4). Budynek architektonicznie ciekawy był zniszczony, pusty, brudny, nie było pieca. Rozpoczynając porządkowanie siostry pomodliły się na gruzowisku, poprosiły o pomoc oraz opiekę Matkę Bożą i Św. Józefa. Usunęły z domu gruz, który wywieziono w 14-tu przyczepach traktorowych. Najpierw zamieszkały w jednym pokoju, stopniowo naprawiając drzwi, okna, potem w drugim i trzecim pokoju i tak dalej. Na ścianie powieszono duży krzyż z wizerunkiem Pana Jezusa, obraz Matki Bożej i Św. Józefa, a w drugim pokoju kolejne przywiezione obrazy. Siostra Bogusława ponadto przywiozła z Folwark figurkę św. Antoniego i Serce Pana Jezusa więc wkomponowano je w wystrój domu, wokół którego był ogród, niestety cały zarośnięty i pełen min. Po usunięciu niewypałów przez wojsko, służebniczki zajęły się ogrodem. Rosły w nim ogromne drzewa, stare kasztany, akacje, smukłe brzozy, jaśminy, bzy i wiele innych. Ogród służył Niemcom do wypoczynku i do spacerów na świeżym powietrzu, znajdowała się tam także altanka, ale bardzo zniszczona[53].
Z myślą o przyszłej działalności na rzecz dzieci, siostry oczyściły teren potem zasadziły drzewa owocowe, przygotowały grządki na jarzyny. Dodać należy, że udało się im przywieźć z Monasterzysk do Chojnowa krowę, kozę i 12 kurczaków przez pierwsze lata trzymały ten dobytek. Potem krowę sprzedano, kozę wykradło wojsko (ruskie). Zostały kurczaki, które dawały możliwość żywienia. Po zakończeniu remontów, odmalowaniu i urządzeniu skromnych pomieszczeń, siostry Bogusława i Salutarisa rozpoczęły „gromadzenie” dzieci w swoim domu. Tak powstała nieformalna ochronka, gdzie przede wszystkim wychowywano religijnie małe dzieci, które przebywały w niej od godz. 8.00 do 15.00. Godziny były dostosowane do pracy matek, rozpoczynających pracę w urzędach, głównie w szkołach. Początkowo było kilkanaścioro dzieci, a z czasem przybywało coraz więcej, wkrótce 50 – 60 aż do 100 i więcej. Ochronka była czynna przez cały rok, z przerwą 3 – 4 tygodniową na sprzątanie czy malowanie. Początkowo matki przynosiły swoje pożywienie dla dzieci a siostry przygotowywały mleko i herbatę, mleczne zupy a potem nawet obiady. W ochronce uczono podstawowych zasad i katechizmu. Siostry pomagały też księżom w katechizacji poprzez przygotowywanie do spowiedzi i I Komunii Św. nie tylko dzieci szkolne, ale także osoby w różnym wieku. Wielu też ludzi starszych powracających z różnych stron świata (Syberii) przechodzących z innych wyznań na wiarę katolicką, dzięki służebniczkom mogło porządkować życie duchowe[54].
Wzruszające było pierwsze Boże Narodzenie, zwłaszcza Wigilia, niektóre matki znające służebniczki jeszcze przed ewakuacją, przyszły i prosiły czy mogą się zebrać, w sali w której pomagały sprzątać, aby wspólnie z siostrami sporządzić wieczerzę Wigilijną. „Nie miały co gotować, a nie było co i gdzie dostać. Jedne przynosiły chleb suszony, inne mąkę pszenną, czy kukurydzianą inna jeszcze powiedziała: a ja przywiozłam buraki, a inna ja mam kilka grzybków, a Siostry powiedziały: my mamy kaszę jęczmienną, ksiądz przywiózł fasolę”. Opłatek ofiarował im niemiecki ksiądz proboszcz. Wspólna wieczerza, w innym nowym miejscu, daleko od rodzinnych stron, mieszała się ze łzami i melodią kolęd śpiewanych wspólnie z siostrami i ks. J. Zielińskim, czekając myślą na tych krewnych, których nie było, albo byli gdzieś daleko[55]. Na wiosnę przygotowane dzieci, młodzież i starsi przystąpili do pierwszej Komunii Św. Dzieci zgromadziły się w ochronce razem z rodzicami, by z siostrami wspólnie pójść do kościoła p.w. NMP Niepokalanie Poczętej, gdzie po raz pierwszy przyjęły Jezusa do serca, a po Mszy św. na plebanii było uroczyste śniadanie i rozdanie obrazków. Wraz z katechizacją i pracą wśród dzieci postępowały prace remontowe. Siostry nadal starały się o remont domu, szukały środków na zakup ławeczek, stolików, zabawek i pomocy dla dzieci. A na podwórku o piasek do piaskownicy, drabinki, huśtawki i inne rzeczy. Dzieci przybywało. Dopiero jednak 26 sierpnia 1946 r. erygowano nową placówkę służebniczek dębickich i siostry w skromnych warunkach formalnie zaczęły prowadzić ochronkę - przedszkole oraz internat dla kilkunastu dziewcząt, a z czasem przyjęły pracę zakrystianki i opiekę nad chorymi w mieście i okolicy[56].
Służebniczki były bardzo zżyte z miejscową ludnością, z którą mieszkały przed wojną, i dzieliły losy ekspatriacji, a potem osiedlania się w Chojnowie, więc gdy komuniści (1950) chcieli pozbawić siostry odremontowanej własności, „życzliwi dawni sąsiedzi” byli pomocą dla służebniczek, które interweniowały w tej sprawie u samego prezydenta - Bolesława Bieruta. Na piśmie siostry przedstawiły swoją sytuację i ich domu w Chojnowie. Treść tego listu pokazuje sposób argumentacji i zwracania się do ówczesnej władzy, jak również pewien rodzaj odwagi i kobiecego sprytu sióstr zakonnych. Obszerniejszy fragment tej korespondencji pozwala lepiej zrozumieć peerelowską rzeczywistość.
„Jesteśmy repatriantki zza Buga przyjechałyśmy do Chojnowa transportem w 1945 r. P.U.R. przydzielił nam dom, który własnym kosztem odremontowałyśmy. Przez cztery lata pracowałyśmy, udzielając pierwszej pomocy chorym. Założyłyśmy przedszkole, gdzie uczęszczało ponad 60 dzieci. Wywiązywałyśmy się ze swoich obowiązków ku zadowoleniu zupełnemu rodziców, jak i władz miejskich. Obecnie Zarząd Miejski w Chojnowie zabiera nam dom i zabrania nam pracować w tym zakresie co dotychczas. Jesteśmy repatriantki i chociaż jesteśmy zakonnicami to jednak poczuwamy się do tego, że także jesteśmy obywatelkami Polski Ludowej, dla której chcemy pracować. Wiemy o tym, że dobroć Twa Panie Prezydencie dużo może, dlatego zwracamy się z naszą krzywdą do Pana Prezydenta, rozpatrz Panie Prezydencie naszą sprawę i sprawiedliwie osądź. Ciężko przeżywałyśmy okupację niemiecką byłyśmy poniewierane, wyrzucane z miejsca na miejsce. Proszę wziąć pod uwagę nasze ciężkie przeżycia i prosimy pozwolić nam nadal pracować, i nadal mieszkać w tym domu, gdzie już mieszkamy 5 lat. Proszę przyjąć słowa głębokiego szacunku i gorącej podzięki za łaskę i dobroć nam okazywaną”[57]. Sprawa utrzymania mieszkania była priorytetowa, gdyż s. Bogusława zaczęła chorować na niedowład nóg, coraz bardziej upokarzający i bolesny.
Jak wynika z analizy archiwaliów, siostry otrzymały odpowiedź w postaci krótkotrwałego odroczenia sprawy zabrania im domu. Domu, który traktowały poniekąd, jako rekompensatę za mienie pozostawione w województwie tarnopolskim, o którym zostały złożone pisemne oświadczenia, składane pod przysięgą przez Stanisława Szura syna Mateusza i Józefy, lat 40, stolarza zam. w Piotrowicach nr 13 gm. Chojnów pow. Złotoryja i Helenę Grygiel córkę Hylarego i Karoliny, lat 41 przy mężu zam. w Chojnowie ul. Złotoryjska nr 9, pow. Złotoryja. Świadkowie poświadczyli w tychże dokumentach między innymi:
„Obydwoje narodowości polskiej wyznania rzym.-kat. świadomi odpowiedzialności karnej za fałszywe oświadczenie – oświadczamy zgodnie iż z nami nie spokrewniona siostra Kaim Bogusława ur. w roku 1903 w Jasieniu obecnie zamieszkała w Chojnowie
przy ul. Dąbrowskiego 2 pow. Złotoryja, jest nam osobiście znana i wiadomo nam jest, że była ona przełożoną Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Bogarodzicy Niepokalanie Poczęcia
w Monasterzyskach pow. Buczacz woj. tarnopolskie. W miejscowości Monasterzyskach pozostał w roku 1945 po wyjeździe Sióstr SBRNP następujący majątek stanowiący własność zgromadzenia na przedmieściu miasta Monasterzyska 3 (trzy) morgi pola ornego, w mieście przy ul. Dolnej nr 2 (Folwarki) jeden i pół morgi ogrodu oraz stojące na nim zabudowania: dom mieszkalny, murowany, kryty blachą o dł 18,07 m. szer. 10.15 m z przybudowaną kaplicą o dł. 6.90 m szer. – 5.10 m; stodoła i stajnia murowane, kryte dachówką oraz przybudowana drewutnia, dł. 12 m szer. 6 m; komórki drewniane kryte gontem, dł. 4 m szer. 2 m. Budynki były oparkanione [ogrodzone] siatką dł. 64 szer. 56 m. Powyższy majątek nie był znacjonalizowany i wartość jego według ceny przedwojennej wynosiła ok. 98.000 zł. (dziewięćdziesiąt osiem tysięcy zł.) Nasze wiadomości mamy stąd, iż mieszkaliśmy we wspólnym mieście tj. w Monasterzyskach a ja Szura Stanisław byłem zatrudniony podczas budowy budynków. Nasze oświadczenia, gdyby trzeba było jesteśmy gotowi zaprzysiąc”[58].
Świeccy pomogli również siostrom, gdy władze państwowe przygotowywały się
do odebrania i przejęcia ochronki. Najpierw zlikwidowano siostrom nazwę ochronki, pozostało przedszkole „Caritas”, następnie przygotowano personel świecki do przejęcia opieki nad dziećmi. Początkowo władzom nie udało się wprowadzić do przedszkola prowadzonego przez siostry, nauczycielek świeckich i kierowniczki, dzięki pomocy p. dr Haliny Socharskiej[59], która w czasie epidemii dziecięcych chorób zakaźnych w 1952 r. przeprowadziła badania dzieciom i stwierdziła, że trzeba zamknąć przedszkole. W tym czasie rodzice w porozumieniu z siostrami i Dyrekcją Zakładu Garbarni wywieźli nocą sprzęt przedszkolny do innego budynku przy ul. Wojska Polskiego i tam objęła pracę nowa kierowniczka przedszkola, gdyż chodziło o zachowanie budynku dla sióstr. Władze żądały wyjaśnień, zaczęto straszyć siostry aresztem, wzywać na przesłuchania. Zabierano s. Bogusławę i s. Salutarisę do Złotoryi, gdzie funkcjonariusze „odpowiednich służb” zmuszali siostry do współpracy, obiecując dobre wynagrodzenia, możliwość kształcenia się itp. Zadawano na przemian pytania, na które trudno było odpowiadać. Przez cały dzień podawano im tylko wodę do popicia, zmęczone wieczorem, zastraszane wracały do domu. Dziewczęta z małego internatu (10 osób) musiały opuścić bursę u sióstr, bo im dokuczano i dawano do zrozumienia, że nie ukończą szkoły. Niestety 17 sierpnia 1953 r. odebrano siostrom możliwość prowadzenia przedszkola, wówczas służebniczki zaczęły gromadzić dzieci na „spotkania religijne” w kościele[60].
W 1954 roku w ramach akcji X2[61], zmuszono siostry Elżbietanki z Chojnowa
do opuszczenia ich domu. W tym samym czasie służebniczkom zabrano dom macierzysty
w Dębicy, dlatego siostry służebniczki w Chojnowie żyły w strachu, że wkrótce czeka ich ten sam los. Zostały nocą ostrzeżone i pouczone przez K. Magusiaka i p. Ryżewskiego jak mają się bronić przed mającymi ich wysiedlać. Nawet zaproponowali siostrom wnieść sprawę
do Sądu we Wrocławiu przeciw poczynaniom władzy lokalnej i powiatowej. W obronie sióstr wniosły sprawę do Sądu Wojewódzkiego M. Brudnicka i J. Fruś i udały się do Wrocławia.
W wyniku rozprawy sądowej siostry otrzymały pismo z Warszawy z podpisem samego
B. Bieruta na mocy, którego dom pozostał własnością państwa i kazano płacić czynsz, ale sióstr jako pierwszych repatriantek ze wschodu nie wolno było usunąć do śmierci. Siostry, wspólnie radując się z tymi matkami cieszyły się i składały dziękczynienie Bogu i Matce Najświętszej za ten dar. Potraktowano dom i działalność sióstr jako pierwsze ognisko rozpoczynającej się kultury polskiej na ziemiach Zachodnich[62].
Siostry repatriantki nadal ubiegały się o przyznanie tego domu wraz z ogrodem na rzecz zgromadzenia, władze bowiem dokwaterowały lokatorów. Spór z władzami i walka o ten dom trwała prawie do końca życia zarówno s. Bogusławy (1971), jak i Salutarisy (1979) do lat siedemdziesiątych[63]. Dodać może należy, że schorowana s. Bogumiła Kaim dokąd mogła to wchodziła po schodach na piętra od drzwi do drzwi kolejnych urzędów z bolącymi nogami, ofiarując ten ból za tych, którzy byli nieżyczliwi sprawie. Przez prawie 12 lat cierpiała na tę chorobę, a pod koniec życia w ogóle nie chodziła, mimo to cały czas załatwiała sprawy, modliła się i ofiarowywała w intencjach poszczególnych chojnowian, o które prosili sami chorzy, ich rodziny, a czasami kapłani, gdy szli z posługą do chorych i widzieli, że są to osoby potrzebujące spowiedzi, nawrócenia i dzięki wsparciu duchowemu siostry Bogusławy zmieniali swoje dotychczasowe postępowanie lub nastawienie. Podobne zapisy kronikarskie i nekrologiczne wspomnienia zachowały się o postawie s. Salutarisy. Ona także cierpiała pod koniec życia na choroby kręgosłupa i stawu biodrowego, co sprawiało ból przy chodzeniu. Obie siostry zmarły w Chojnowie i tam zostały pochowane. Zapamiętane przez mieszkańców Folwark i Chojnowa, jako matki, które z oddaniem troszczyły się o swoje dzieci, w każdych warunkach, niezależnie od okoliczności, trudności i przeciwności, bez znaczenia był wiek młodszych, starszych czy dorosłych „dzieci sióstr”. One szły powoli i wytrwale realizując testament swojego założyciela E. Bojanowskiego. Możemy powiedzieć bez przesady, że były jak dwa mocne filary, o które została oparta nowa placówka i może dlatego właśnie dziś nadal się rozwija, a siostry służebniczki dębickie na stałe wpisały się w koloryt tak wiekowego przecież miasta Chojnowa.
Zakończenie
Ekspatriacja dla Zgromadzenia Służebniczek Dębickich przyniosła zmiany terytorialne i materialne straty. Trudno uznać za rekompensatę otrzymane przez służebniczki zniszczone budynki mieszkalne, które musiały same remontować (Kolsko i Chojnów), a później walczyć o utrzymanie ich własności; albo o bezprawnie zabrane także przesiedlanym zgromadzeniom zakonnym (Wałbrzych, Cieplice). Po stronie wschodniej opuściły 24 placówki, w tym 13 domów własnych, 3 kaplice, w kilku miejscowościach zostawiły ponadto budynki gospodarcze, ok. 14 ha ziemi i ok. 2 ha ogrodów. Na Ziemiach Odzyskanych znalazły się w 8 miejscowościach, gdzie się osiedliły, ale tylko w Chojnowie otrzymały na własność zrujnowany dom, o który musiały walczyć. W wymiarze pełnionej misji pokazały hart ducha, podejmując się opieki nad dziećmi i chorymi w miejscowościach, do których dotarły wraz z przesiedlaną ludnością. Siostrom udało się rozwinąć najdłużej działalność opiekuńczo-wychowawczą w Chojnowie, gdzie są i nieprzerwanie realizują charyzmat Błogosławionego Edmunda Bojanowskiego, który na tę prapiastowską glebę, niczym „ziemię obiecaną”, trafił nie z pobliskiej Wielkopolski, ale na skutek exodusu sióstr służebniczek dębickich z odległych Kresów. Z perspektywy osiemdziesięciu lat od przybycia służebniczek do Chojnowa możemy się przekonać, że ich ofiara i poświęcenie wydają plony. Dziś ochronka w Chojnowie rozwija się w odnowionym stylu. W jednym z piękniejszych zabytkowych budynków miasta, zwracając oczy przechodniów prostotą, elegancją, harmonią i radosnym śmiechem jej domowników, łącząc jakby symbolicznie w swojej architekturze i wnętrzu wschód z zachodem, przeszłość z teraźniejszością, wymierne i materialne z duchowym, tym czego policzyć się nie da, a co niesie w sobie ponadczasową wartość.
Streszczenie
Służebniczki dębickie posługujące w południowo-wschodnich województwach
II Rzeczypospolitej w wyniku przesunięcia granic Polski po 1945 r. zostały objęte ekspatriacją, w wyniku czego sieć placówek zgromadzenia przesunęła się na północne i zachodnie tereny Polski, gdzie wcześniej nie posługiwały. Siostry wyjechały z 19 miejscowości, do których już nie powróciły. Przyjechały z ekspatriowaną ludnością do 6 nowych miejsc, gdzie próbowały się osiedlić, ale tylko w 2 udało się posługiwać dłużej niż 10 lat. Ponadto na Dolnym Śląsku objęły pracę opiekuńczo-wychowawczą w 2 przedszkolach, prowadzonych przez usunięte „niemieckie” zgromadzenia zakonne. W świetle archiwaliów zgromadzenia czas repatriacji był trudny i naznaczony stratami zarówno osobowymi, jak i materialnymi, których nie rekompensowały „nabytki” na nowych ziemiach. Z zachowanych archiwaliów wynika, że siostry po wojnie, mimo wielu przeciwności losu odnalazły się i rozwinęły działalność w duchu charyzmatu, co w konsekwencji zaowocowało rozwojem zgromadzenia. Czego przykładem jest dom w Chojnowie, gdzie siostry służą dzieciom, ubogim i chorym w mieście.
Słowa klucze: ekspatriacja, Zgromadzenie Służebniczek Dębickich, Kresy Wschodnie, Ziemie Odzyskane
Summary
The Servant Sisters of Debica ministering in the south-eastern provinces of the Second Polish Republic as a result of the shift of Polish borders after 1945 were subject to expatriation, as a result of which the network of the congregation's institutions moved to the northern and western areas of Poland, where they had not ministered before. The sisters left 19 localities to which they did not return. They came with the repatriated population to 6 new places, where they tried to settle, but only in 2 of them did they manage to serve for more than 10 years; moreover, in Lower Silesia, they took up care and educational work in 2 kindergartens, run by ‘German’ religious congregations that had been removed. According to the congregation's archives, the time of repatriation was difficult and marked by both personal and material losses, which were not compensated by ‘acquisitions’ in the new lands. The surviving archives show that the sisters managed to find their way after the war, despite many adversities, and continued to develop their activities in the spirit of the charism, which consequently resulted in the growth of the congregation. An example of this is the house in Choinow, where the sisters serve children, the poor and the sick in the town.
Key words: expatriation, Servant Sisters of Debica congregation, eastern extremities, Recovered Territories
BIBLIOGRAFIA
Archiwum Państwowe we Wrocławiu oddział w Legnicy
Zespół: Urząd Wojewódzki w Legnicy Wydział Spraw Obywatelskich
Sygn. 85/639 - Zgromadzenie Sióstr Służebniczek BDNP dom zakonny w Chojnowie 1956-1987
Archiwum Główne Sióstr Służebniczek Dębickich w Dębicy (AGSD)
Materiały Historyczne (MH)
Sygn. MH 2 - Kronika Zgromadzenia Sióstr Służebniczek BDNP w Dębicy, t. I 1903-1940
Sygn. MH 3 - Kronika Zgromadzenia Sióstr Służebniczek BDNP w Dębicy, t. II 1941-1971
Sygn. MH 104 - Katalog Zgromadzenia SBDNP z 1939
Dokumentacja Domów Zamkniętych (DZ)
Sygn. DZ 59 – Jagielnica
Sygn. DZ 67 - Folwarki
Sygn. DZ 77 - Kaczanówka
Sygn. DZ 79 – Nowy Witków
Sygn. DZ 86 - Monasterzyska (1896-1946)
Sygn. DZ 87 - Kronika domu Sióstr Służebniczek BDNP w Monasterzyskach i w Chojnowie
Sygn. DZ 88 - Brudnopis s. Euzebii Krzyszowskiej
Sygn. DZ 195 - Kronika domu zakonnego Sióstr Służebniczek BDNP w Kolsku
Księgi Nekrologiczne (KN) Księgi Nekrologiczne, t. II (1942-1966)
Księgi Nekrologiczne, t. III (1967-1983)
Księgi Nekrologiczne, t. VI (1994-2000)
Akta Osobowe (AO)
Sygn. AO 137 - s. Martyna Kralisz
Sygn. AO 191 – s. Nepomucena Piątkiewicz
Sygn. AO 221 – s. Bogusława Kaim
Sygn. AO 223 - s. Walentyna Bochenek
Sygn. AO 254 - s. Krestencja Kralisz
Sygn. AO 293 – s. Salutarisa Marciniak
Muzeum Regionalne w Chojnowie (MRCh)
Kronika Parafialna t. I (11 X 1945 do 5 XI 1958)
Literatura
Anczarski J., Kronikarskie zapisy z lat cierpień i grozy w Małopolsce Wschodniej 1939-1946, wyd. II poprawione i uzupełnione, oprac., wstęp, przypisy, indeksy oraz wybór fot.
J. Wołczański, Lwów - Kraków 1998
Bochnak W., Materiały do życia religijnego w Chojnowie, w: Chojnów dawniej i dziś, szkice
i materiały, R. Gładkiewicz red., Chojnów – Wrocław 1992, s. 68-101
Dokumenty zbrodni wołyńskiej, t. II, red. E. Gigilewicz, L. Popek, P. Sokołowski, T. Zych, Lublin-Tarnobrzeg-Warszawa 2024
Jaworska K., Organizowanie życia polskiego na tzw. Ziemiach Odzyskanych w latach 1945-1947 w świetle „Kroniki parafialnej” z Chojnowa, „PERSPEC†IVA” Legnickie Studia Teologiczno-Historyczne Rok VIII, 2(2009), s. 273-283
Jaworska K., Życie i działalność duszpasterska ks. Adama Łańcuckiego w latach 1945-1961, „PERSPEC†IVA” Legnickie Studia Teologiczno-Historyczne Rok III, 1(2004), s. 226-240
Jaworska K., Oskarżenie i skazanie ks. kanonika Adama Szczepana Łańcuckiego,
„PERSPEC†IVA” Legnickie Studia Teologiczno-Historyczne Rok XV, 2(2016), s. 199-208
Horodecki S., Chojnów. Opowieść o ludziach i mieście, historie prawdziwe i prawdopodobne, Muzeum Regionalne w Chojnowie 2023
Kaczmarek E., Dlaczego przeszkadzały? Polityka władz partyjnych i rządowych wobec żeńskich zgromadzeń zakonnych w Polsce w latach 1945-1956, Warszawa 2007
Komański H., Siekierka Sz., Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w woj. tarnopolskim 1939-1946, Wrocław 2004
Komborska M., Dzieje Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej (starowiejskich) w latach 1945-1963, Lublin 2024
Komborska M., Exodus Służebniczek Starowiejskich z Kresów południowo-wschodnich w latach 1939-1957, „PERSPEC†IVA” Legnickie Studia Teologiczno-Historyczne Rok XVIII, 1(2019), s. 66-84
Kościół na Ziemiach Zachodnich, red. Krucina J., Wrocław 1971
Kusik S., Dzieje Kościoła katolickiego w dekanacie legnickim w latach 1945-1986, Legnica 1998
Marecki J., Misterium Iniquitatis. Osoby duchowne i zakonne obrządku łacińskiego zamordowane przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1939-1945, Kraków 2020
Michna A., Siostry zakonne – ofiary zbrodni nacjonalistów ukraińskich na terenie metropolii lwowskiej obrządku łacińskiego w latach 1939-1947, Warszawa 2010
Mirek A., Siostry zakonne w obozach pracy w PRL w latach 1954 – 1956, Lubin 2009
Skrzypek A., Rzecz o cudownym Obrazie Matki Bożej Tartakowskiej i Służebniczkach Dębickich, „Studia Leopoliensia”, 15(2022), s.197-206
Sula D., Działalność przesiedleńczo-repatriacyjna Państwowego Urzędu Repatriacyjnego
w latach 1944-1951, Lublin 2002
Tajanowicz W., Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Bogarodzicy Dziewicy Niepokalanego Poczęcia (służebniczki dębickie) w: red. A. Chruszczewski i inni, Żeńskie Zgromadzenia Zakonne w Polsce 1939-1947, t. IV, Lublin 1987
Urban W., Droga krzyżowa Archidiecezji Lwowskiej w latach II wojny światowej 1939-1945, Wrocław 1983
Wojewódzki Urząd Statystyczny w Legnicy Urząd Miasta i Gminy Chojnów, Chojnów 1945-1987, Legnica 1988
Wołczański J., Eksterminacja narodu polskiego i Kościoła rzymskokatolickiego przez nacjonalistów ukraińskich w Małopolsce Wschodniej 1939-1945. Materiały Źródłowe,
cz. 1, Kraków 2005
Zieliński Z., Kościół w Polsce 1944-2002, Radom 2003
[1] Edmund Bojanowski (1814-1871), wielkopolski ziemianin, patriota, społecznik i pedagog, zajmujący się wychowaniem małych dzieci, beatyfikowany przez Jana Pawła II 13 VI 1999 w Warszawie. Ochronki wiejskie, które zakładał dla wychowania dzieci dały początek Zgromadzeniu Służebniczek Bogarodzicy (1850). Wskutek polityki zaborczej powstały 4 niezależne gałęzie służebniczek: starowiejskich, dębickich, śląskich
i wielkopolskich, realizujące ten sam charyzmat opieki nad dziećmi, ubogimi i chorymi. Od 1991 służebniczki tworzą Federację Sióstr Służebniczek NMP.
[2] AGSD, sygn. MH 104 - Katalog Zgromadzenia SBDNP z 1939. W. Tajanowicz podaje liczbę 110 placówek.
[3] AGSD, sygn. MH 2 - Kronika Zgromadzenia Sióstr Służebniczek BDNP w Dębicy, t. I 1903-1940, s.705.
[4] AGSD, Kopia Zeznania s. Sydonii Walicht, Solec Kujawski, 18 XII 1991 (bez sygn.), oryginał i inne dokumenty dotyczące s. Antoniny Krotochwil są w Archiwum Sióstr Szkolnych de Notre Dame w Opolu.
[5] AGSD, sygn. MH 3 - Kronika Zgromadzenia Sióstr Służebniczek BDNP w Dębicy, t. II 1941-1971, s. 52-53.
[6] AGSD, Akta Osobowe (sygn. AO) 191, List s. Nepomuceny Piątkiewicz do m. Brygidy Grzegorczyk, Tartaków 29 VI 1942; Relacja s. Fortunaty Gus.
[7] J. Wołczański, Eksterminacja narodu polskiego i Kościoła rzymskokatolickiego przez nacjonalistów ukraińskich w Małopolsce Wschodniej 1939-1945. Materiały Źródłowe, cz. 1, Kraków 2005, s.31-33; 35-41; 44-47.
[8] Ks. Tadeusz Pilawski, Sprawozdanie z mordów i zbrodni dokonanych przez bandy ukraińskie na terenie par. obrządku łacińskiego w Witkowie Nowym, w: Dokumenty zbrodni wołyńskiej, t. II, red. E. Gigilewicz, L. Popek,
P. Sokołowski, T. Zych, Lublin-Tarnobrzeg-Warszawa 2024, poz. 1857.
[9] AGSD, Wspomnienia s. Kariny Rysak spisane przez s. Miriettę Florek, Bochnia 14 VII 2011, bez sygn.
[10] AGSD, Relacja s. Rozalii Wójcik w: Księga Nekrologiczna (KN), t. III (1967-1983), s.500-501.
[11] AGSD, sygn. DZ 86, Dokumentacja domu w Monasterzyskach, Zapiski nieznanego autora, k.40-45. Por. Aneks. Rozmowa przeprowadzona 18 II 2004 w Janowcu z siostrą Kryspiną (Karoliną Cnotą) – świadkiem tragicznych wydarzeń, które miały miejsce 16 IV 1944 w Petlikowcach Starych, w: A. Michna, Siostry zakonne – ofiary zbrodni nacjonalistów ukraińskich na terenie metropolii lwowskiej obrządku łacińskiego w latach 1939-1947, Warszawa 2010, s.85.
[12] AGSD, sygn. KN, t. II (1942-1966), s.97-99.
[13] Zob. W. Tajanowicz, Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Bogarodzicy Dziewicy Niepokalanego Poczęcia (służebniczki dębickie) w: Żeńskie Zgromadzenia Zakonne w Polsce 1939-1947, t. IV, Lublin 1987, s.69.
[14]Aneks, dz. cyt., s.85. Por. H. Komański, Sz. Siekierka, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w woj. tarnopolskim 1939-1946, Wrocław 2004, s.165–166; ks. J. Marecki, Misterium Iniquitatis.Osoby duchowne i zakonne obrządku łacińskiego zamordowane przez ukraińskich nacjonalistów w latach
1939-1945, Kraków 2020, s.158-159; 376-379.
[15] AGSD, sygn. AO 223, Relacja s. Walentyny Bochenek; Relacja s. Kariny Rysak, Bochnia 14 VII 2011 bez sygn.
[16] Szerzej zob., A. Skrzypek, Rzecz o cudownym Obrazie Matki Bożej Tartakowskiej i Służebniczkach Dębickich, „Studia Leopoliensia”, 15(2022), s.197-206.
[17] AGSD, sygn. MH 3, s.81-82.
[18] Tamże, s.87-88.
[19] D. Sula, Działalność przesiedleńczo-repatriacyjna Państwowego Urzędu Repatriacyjnego w latach 1944-1951, Lublin 2002, s.59-63.
[20] Tamże, s.63-64.
[21] AGSD, sygn. DZ 77, Dokumentacja domu w Kaczanówce: Karta ewakuacyjna s. Antoniny Kralisz.
[22] AGSD, sygn. DZ 59, Dokumentacja domu w Jagielnicy: Karta ewakuacyjna s. Eustachii Pronobis.
[23] AGSD, sygn. DZ 86, Weterynaryjne Zaświadczenie nr 427 wydane 17 VIII 1945 w Monastyrskim powiatowym Szpitalu ob. Bogusławie Kaim, k.53.
[24] Wojewódzki Urząd Statystyczny w Legnicy Urząd Miasta i Gminy Chojnów, Chojnów 1945-1987, Legnica 1988, s.5.
[25] S. Horodecki, Chojnów. Opowieść o ludziach i mieście, historie prawdziwe i prawdopodobne, Muzeum Regionalne w Chojnowie 2023, s.15-19.
[26] Tamże, s.147.
[27] MRCh, A. Żydek, Wspomnienia Burmistrza Chojnowa od 1945, s. 1 (mps).
[28] Tamże, s.2.
[29] Tamże, s.3.
[30] AGSD, sygn. DZ 68 Monasterzyska-Ochronka (1896 – 1946). Od roku 1935/36 przedszkole „Caritas” działka, na której stała ochronka - dom przy ul. 3 Maja.
[31] AGSD, sygn. DZ 67 Folwarki, Kontrakty zawarte między W. hr. Młodeckim a M. Filipiak, I-II 1901.
[32] „Będąc w Ochronce pod opieką sióstr, których przeważnie było dwie, wstępowałyśmy na nasze dziecięce „paciorki” do kaplicy sióstr p.w. Dzieciątka Jezus, tam także odprawialiśmy nasze nabożeństwa majowe
i październikowe. Jako małe dzieci odprawiałyśmy swoją Drogę Krzyżową oczywiście opracowaną dla nas specjalnie przez nasze siostry. One też uczestniczyły z nami w procesjach podczas uroczystości kościelnych,
a także uczyły nas sypania kwiatków. Starsze dzieci uczestniczyły w organizowanych przez siostry różnych imprezach religijnych jak jasełka, wieczory kolęd, a także organizowano dla zainteresowanych różnego rodzaju spotkania jak opłatek, święcone przy tej okazji składano ofiary na rzecz odbudowy domu klasztornego, którego remont zakończono w 1938. Mimo ogromu pracy, jaką trzeba było wykonać znajdowały czas dla obłożnie chorych, których często odwiedzały i przy okazji usługiwały im służąc radą i pomocą. Na szczególną uwagę zasługuje fakt bardzo ofiarnej opieki nad sierotami. Dzieci pozostające pod opieką sióstr, nie mające rodziców były wychowywane i przystosowywane do życia i pełnoletności. Ochronka po I wojnie światowej była bardzo zniszczona, a siostry Bogusława Kaim i s. Salutarisa Marciniak prowadziły skromny i pracowity tryb życia. Wypełniały wszystkie prace jak w każdym gospodarstwie domowym, znajdowały też czas na gromadzenie przeważnie w zimowe wieczory wokół siebie dziewcząt, które uczyły szyć, haftować, a także prac gospodarskich, aby mogły pomagać siostrom w ogrodzie. Do klasztoru sióstr należał ogród około 1h ziemi. Zabudowania gospodarcze były bardzo zniszczone. Z biegiem czasu całe to gospodarstwo zostało odbudowane na nowo, ogrodzono je siatką, dachy pokryto blachą. Wszystkie te prace siostry wykonywały przy pomocy mieszkańców, rodziców dzieci, którymi się opiekowały”. AGSD, sygn. DZ 88, Brudnopis, s. 5-8. Czesława Krzyszowska, jako wychowanka służebniczek przyjechała z ludnością ewakuowaną z Monasterzysk Folwark, odnalazła siostry w Chojnowie i zamieszkała z nimi, a następnie wstąpiła do zgromadzenia, w którym przyjęła imię s. Euzebii. Jej Brudnopis oraz Kronika pisane po latach są głównym źródłem informacji o tamtym czasie.
[33] AGSD, sygn. DZ 88, s.35 n. (dalej: Brudnopis).
[34]AGSD, sygn. DZ 88 (Dokumentacja domu Monasterzyska 1896-1946), Wiersz pisany odręcznie piórem na blankiecie ukraińskim z 1939, k.37-38.
[35] AGSD, sygn. DZ 67 – dokumentacja domu w Folwarkach.
[36] Brudnopis, s.36-38.
[37] AGSD, sygn. DZ 86, Relacja s. S. Marciniak i s. E. Krzyszowskiej o powstaniu placówki w Chojnowie, Chojnów
18 III 1977, k.65.
[38] AGSD, sygn. DZ 86, Zaświadczenie wydane przez RLP w Monasterzyskach ob. Bogusławie Kaim; Oświadczenie S. Szury i H. Grygiel, Złotoryja, 7 X 1948, k.60.
[39] APLg, sygn. 85/693, k.97.
[40] AGSD, sygn. DZ 86, Relacja s. S. Marciniak i s. E. Krzyszowskiej, k.65.
[41] Adam Szczepan Łańcucki (1880-1961) pierwszy proboszcz Chojnowa po 1945, dokąd przyjechał pierwszym transportem z Brzeżan, gdzie był proboszczem. Pochodził z Sieniawy, po święceniach posługiwał m.in.
w Jazłowcu, Kozłowie, Żydaczowie, kilka razy skazany na rozstrzelanie za działalność konspiracyjną, także po wojnie więziony przez komunistów. Zmarł w Chojnowie, gdzie został pochowany na miejscowym cmentarzu.
Chojnowianie pamiętając o jego zasługach poświęcili mu oprócz różnych artykułów i upamiętnień, biogram
w: K, Czapska, Chojnowianie znani i zasłużeni (1945-2010), cz. 1., Muzeum Regionalne w Chojnowie 2014,
s.59-61.
[42] MRCh, Kronika Parafialna t. I, s.3 (dalej: KP).
[43] Szczegółowo pisze o tym ks. prof. Z. Zieliński, Kościół w Polsce 1944-2002, Radom 2003, s.30-55. Zob. Kościół na Ziemiach Zachodnich, Krucina J. red., Wrocław 1971.
[44] KP, s.3-4.
[45] Zob., K. Jaworska, Organizowanie życia polskiego na tzw. Ziemiach Odzyskanych w latach 1945-1947 w świetle „Kroniki parafialnej” z Chojnowa, „PERSPEC†IVA” Legnickie Studia Teologiczno-Historyczne Rok VIII, 2(2009), s.273-283; Taż, Życie i działalność duszpasterska ks. Adama Łańcuckiego w latach 1945-1961, „PERSPEC†IVA” Legnickie Studia Teologiczno-Historyczne Rok III, 1(2004), s.226-240; Taż, Oskarżenie
i skazanie ks. kanonika Adama Szczepana Łańcuckiego, „PERSPEC†IVA” Legnickie Studia Teologiczno-Historyczne Rok XV, 2(2016), s.199-208. W. Bochnak, Materiały do życia religijnego w Chojnowie, w: Chojnów dawniej i dziś, szkice i materiały, Gładkiewicz R. red., Chojnów – Wrocław 1992, s.68-101. Zob. S. Kusik, Dzieje Kościoła katolickiego w dekanacie legnickim w latach 1945-1986, Legnica 1998.
[46] KP, s.3.
[47] Józef Zieliński (1917-1994) pochodził z Podhala, święcenia przyjął w Rzymie. W 1943 pracował w Bolechowie i stamtąd przyjechał wraz z ekspatriowaną ludnością do Chojnowa, gdzie był cenionym katechetą młodzieży, a później proboszczem w Kątach Wrocławskich. Zob. Chojnowianie znani i zasłużeni, s.105-106.
[48] Brudnopis, s.39-47.
[49] „Monstrancję, która jest w kaplicy sióstr, kielichy mszalne, puszki w dużym kościele, baldachim, chorągwie procesyjne, krzyż procesyjny. Wszystkie lichtarze duże i małe, wieczna lampka, 2 figury: św. Stanisław ze Szczepanowa i św. Augustyn w prawej ręce trzyma serce; ponadto figury św. Piotra i św. Pawła, św. Antoniego
i figurę Serca Bożego, figurę Matki Bożej łaskami słynąca w czerwono-złotym płaszczu. Początkowo wszystkie te figury były umieszczone u sióstr w pokoju środkowym na I piętrze i w pokojach, gdzie mieszkał ks. J. Zieliński, tam pozostały do chwili uzyskania kluczy do Kościoła św. Piotra i Pawła. Natomiast Ks. A. Łańcucki z Brzeżan przywiózł: Obraz MB Nieustającej Pomocy ten, który znajduje się w małym kościele w dużym ołtarzu; dużą monstrancję w dużym kościele; kielichy mszalne i puszki, ornat, chorągwie procesyjne, pogrzebowe, baldachim i bieliznę liturgiczną oraz srebrne m. lichtarze”. Por., Brudnopis, s.49-51.
[50] KP, s.4.
[51] Brudnopis, s.48-49.
[52] Ciekawostką jest to, że według zapisów w Kronice parafialnej 3 siostry z Monasterzysk przyjechały
do Chojnowa w VIII 1945. Nie zgadza się sierpień i liczba sióstr miejscowość można uznać, bo Folwarki, z których dotarły później repatriantki były jakby dzielnicą podmiejską Monasterzysk. Może więc jakieś inne siostry zatrzymały się na chwilę i pojechały dalej. A może autor zapamiętał p. Czesławę, która dołączyła do służebniczek w grudniu, a później wstąpiła do zgromadzenia i wkrótce przyjechała jako s. Euzebia na placówkę do Chojnowa.
[53]AGSD, sygn. DZ 87, Kronika Domu Zakonnego Zgromadzenia SBDNP: Monasterzyska i Chojnów opisana przez s. Euzebię Krzyszowską. Strony 8-44 opis historii domu w Monasterzyskach – Folwarki ul. Dolna 2; strony 44-162 opis historii domu w Chojnowie od osiedlenia się w 1945 do 1980; s.44-45 (dalej: Kronika Domu Zakonnego Monasterzyska i Chojnów).
[54] Por. Brudnopis, s.54; Kronika Domu Zakonnego Monasterzyska i Chojnów, s.51.
[55] Por. Brudnopis, s.52-53.
[56] Brudnopis, s.49 n; Kronika Domu Zakonnego Monasterzyska i Chojnów, s.52.
[57] AGSD, sygn. DZ 86, List s. Bogusławy Kaim do Prezydenta, Chojnów, 9 III 1950, k.61.
[58] AGSD, sygn. DZ 86, Oświadczenie o stanie posiadania, Podpisy S. Szura i H. Grygiel oraz Notariusz w Złotoryi Stanisław Tomala z pieczęcią, Złotoryja, 7 X 1948, k. 60.
[59] Halina Socharska (1912-1991) zasłużona i odznaczana lekarka, patriotka, organizatorka opieki zdrowotnej
w Chojnowie. W czasie II wojny zaangażowana się w ZWZ, AK, aresztowana i wywieziona do Auschwitz następnie do Niemiec, po wyzwoleniu przez Amerykanów wróciła do Chojnowa, gdzie poświęciła się niosąc pomoc chorym. Wiele razy pomagała siostrom w załatwianiu trudnych spraw także związanych ze zdrowiem dzieci i podopiecznych. Zob. Chojnowianie znani i zasłużeni, s.93-94.
[60] Kronika Domu Zakonnego w Monasterzyskach i w Chojnowie, s.61-64. S. Euzebia w swoich zapiskach tak to przedstawiała: „ Pamiętam, że trzymano siostry 2 dni i 2 noce na prośbę matek wypuszczono, bo powiedziały matki, że lepiej podoba im się przedszkole na ul. Wojska Polskiego. Siostry wypuszczono i niby dano spokój, ale tak nie było, często kontrolowano co siostry robią (…). Zmuszano namawiano księży i siostry do wpisania się do patriotów (narodowców). Ksiądz kan. A. Łańcucki został aresztowany, bo był kapelanem wojskowym, ale parafianie zebrali ofiarę pieniędzy i przekupili [odpowiednie władze] został wypuszczony. Po ks. Zielińskiego najwięcej wpadali wieczorem, albo w nocy, że niby do chorego byle otworzyć i wówczas zabierano do Złotoryi
i namawiano do wpisania się do nich. Tak też postępowano z siostrami zabierano przymusowo na przesłuchanie obiecywano różne pomoce, wyższe wynagrodzenie, mówiono: „Będzie Wam bardzo dobrze, tylko zapiszcie się do nas”. Zadawano różne pytania na które trudno było odpowiadać np. „Dlaczego tak się swego trzymacie, z czego będziecie żyć. Ile to kosztowało siostry (…)W urzędzie miasta Chojnowa sprawuje rządy – Żyd Zimmer [Władysław], sekr. [Alfred] Żydek i Czajkowski. Przewodniczący Zimmer powiedział, że choćby po trupach to i tak ten dom sióstr zdobędę, bo są tak przy swoim, ale po kilku tygodniach zostaje aresztowany i umiera
w więzieniu”. Por. Brudnopis, s.68-72.
[61] Zaplanowana przez władze PRL likwidacja żeńskich zgromadzeń zakonnych na wzór czeski. Rozpoczęła się
w VIII 1954 wysiedleniem pond 1300 sióstr z 10 zgromadzeń żeńskich na ziemiach zachodnich do 8 obozów pracy zlokalizowanych w województwach: krakowskim 4, poznańskim 3 i bydgoskim 1. Obozy zlikwidowano
w 1956. Zob. A. Mirek, Siostry zakonne w obozach pracy w PRL w latach 1954 – 1956, Lubin 2009; E. Kaczmarek, Dlaczego przeszkadzały? Polityka władz partyjnych i rządowych wobec żeńskich zgromadzeń zakonnych w Polsce w latach 1945-1956, Warszawa 2007, s.225-276.
[62] Brudnopis, s. 75-77.
[63] AGSD, sygn. AO 221, Pisma wysyłane i podpisywane przez s. B. Kaim: Do PWRN UdSW we Wrocławiu,
7 IX 1971; Do Spółdzielni Mieszkaniowej Lokatorsko-Własnościowej „Młodość”, Chojnów 25 IV 1974. „Przez ostatnie 5 lat pisałyśmy prośby i chodziłyśmy do Urzędu Miasta w Chojnowie, aby załatwili sprawę domu
i przydzielili mieszkanie dla lokatora. Bardzo przeżywała [s. Salutarisa] to, że Urząd Wojewódzki ani Urząd Miasta nie był przychylny i nie załatwił tej sprawy, a rodzina Grzech nie wyprowadziła się choć miała proponowane kilka mieszkań”. AGSD, sygn. AO 293, Relacja s. Euzebii Krzyszowskiej o śp. Salutarisie Marciniak, s. 7-8. Nieco inne spojrzenie na tę sprawę przedstawił w relacji ustnej syn p. Grzecha, Krzysztof Grzech, który zapamiętał jako dziecko, a później młodzieniec mieszkanie u sióstr bardzo miło. Wspominał, że to siostry ze swoich oszczędności założyły rodzicom książeczkę mieszkaniową w spółdzielni i na tej podstawie spółdzielnia przyznała im to mieszkanie, do którego rodzice wyprowadzili się z młodszą siostrą Anną. Chojnów, 17 VI 2025.



s. M. Bogusława (Salomea) Kaim (16 V 1903 - 8 IX 1971) Urodziła się w powiecie brzeskim, w Jasieniu, w rodzinie rolników Izydora i Doroty Nowak Kaimów. Ochrzczona w miejscowy kościele otrzymała rzadko spotykane imię - Salomea. Pełna ducha Bożego rodzina Kaimów dała Salomei staranne i głębokie wychowanie religijne. Pod koniec 19 roku życia, 5 II 1920 Salomea wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Bogarodzicy Dziewicy Niepokalanego Poczęcia w Dębicy. W tym samym roku, w Uroczystość Niepokalanego Poczęcia N.M.P. przyjęła habit i imię zakonne - Bogusława. Dwa lata później, 8 XII 1922 złożyła pierwsze śluby zakonne. Pierwszą jej placówką był zakład w Kobierzynie, gdzie pomagała przy obsłudze nerwowo chorych. Po pewnym czasie przeniesiono ją do miejscowości Folwarki następnie do Mikuliniec, czas jakiś zajęta była w domu hrabiostwa Zamojskich pod Warszawą, skąd skierowano ją do Trzebienia. Zajęciem jej wszędzie była praca ochroniarska i przygotowywanie dzieci do I Komunii św. W Trzebieniu na skutek pracy w nieodpowiednich warunkach zapoczątkowała się u niej choroba. Następnym miejscem jej pracy był Tartaków, słynny z Cudownego Obrazu Matki Bożej Niepokalanej. Pracowała tu jako przedszkolanka i zakrystianka. Ostatnią jej placówką na wschodzie Polski były Folwarki, gdzie przyjechała 1936 r., mianowano ją przełożoną i tam zastała ją druga wojna światowa, w czasie której przeszła bardzo wiele cierpień. Siostry musiały przebrać się w świeckie stroje. Groziło im wywiezienie na Sybir. Kryły się w piwnicach, a nawet na cmentarzu przed atakami frontu wojennego lub band ukraińskich. Trzykrotnie w czasie działań wojennych stanęła s. Bogusława w obliczu śmierci. Bóg ocalił jednak jej życie, gdy grozili jej rozstrzelaniem Niemcy, Ukraińcy i Rosjanie. Kiedy po zakończeniu drugiej wojny światowej ustalono granice Polski, przed siostrami w Folwarkach stanęły dwie możliwości: albo przyjąć obywatelstwo Rosji i pozostać na miejscu, albo wyjechać. Siostra Bogusława wybrała drugą możliwość. Siostry wyruszyły transportem do Polski 15 VIII 1945. Podróż była bardzo niebezpieczna z powodu min rozrzuconych obok torów, a trwała trzy miesiące. Transport dowieziono do Chojnowa 10 XI 1945. Ewakuowana ludność miała w mieście pełnym gruzów i zburzonych domów szukać schronienia i odnaleźć swój nowy dom.
To samo zadanie stanęło przed siostrami. Wybrały zniszczony dom przy ul. Dąbrowskiego 2. Tu osiedliły się. Najpierw wśród ciężkiego trudu doprowadziły dom do normalnego stanu, następnie rozpoczęły właściwą sobie pracę wśród dzieci, chorych i ubogich. W Chojnowie
s. Bogusława Kaim pozostała do śmierci 8 IX 1971.
Księgi Nekrologiczne, T. III (1967-1983), bez sygn.
Dalsze dzieje życia Siostry M. Bogusławy czerpiemy z artykułu S. M. Euzebii Krzyszowskiej długoletniej współpracowniczki śp. S. M. Bogusławy.
W Chojnowie, mimo ciężkich warunków powojennych, siostry zaraz włączyły się
w pracę apostolską wśród tamtejszej ludności, mimo choroby nóg, która już wtedy dawała się odczuć oddawała się pracy z właściwą sobie gorliwością i apostolskim zapałem, oddawała się pracy zdobywania dusz dla Chrystusa, którego ukochała całym sercem. „To pierwsza katechetka w Chojnowie; siejba słowa Bożego wydaje dziś obfite plony” - powiedział Ks. Stanisław Dobek w homilii mszalnej.
Około roku 1957 Chrystus zażądał od niej innej ofiary niż trud pracy - ofiary cierpienia. Zapadła na chorobę nóg, która z roku na rok stawała się coraz dotkliwszą, by wreszcie przykuć ją na 12 lat do łoża boleści. Siostra Bogusława umiała jednak znosić cierpienie z cierpliwością i poddaniem się Woli Bożej. Nie buntowała się przeciw Bogu, który obarczał ją ciężkim krzyżem - długoletnią niemocą; wręcz przeciwnie - często wyrażała się, że godzi się z Wolą Bożą przejmuje cierpienia jako pokutę za swoje grzechy i niedociągnięcia. W wyjątkowych wypadkach, gdy natura buntowała się przeciw cierpieniu, a z ust wyrywały się słowa: „dlaczego ja tak cierpię”, reflektowała się szybko i rozmowę kierowała na nadprzyrodzoną wartość cierpienia. Prosiła tylko Chrystusa cierpiącego, którego obraz miała nad łóżkiem,
o pomoc w znoszeniu cierpień; mówiła: „dajesz mi cierpienie, ale daj mi i siłę bym mogła cierpliwie je znosić”. Dość często, zwłaszcza w ostatnim roku choroby, mówiła, że cieszy się, że Jezus dał jej takie cierpienie, że może je ofiarować za rozwój Królestwa Bożego na ziemi, np. za misje katolickie, księży biskupów, kapłanów pracujących w duszpasterstwie i niewiernych swemu powołaniu, by wrócili do jedności
z Chrystusem a szczególnie za grzeszników. Modlitwą cierpienia – bo tak można nazwać modlitwę i cierpienie, które harmonijnie ze sobą łączyła - starała się ogarnąć wszystkich ludzi. Ksiądz czuwający nad chorymi w parafii i miejscowym szpitalu często zwracał się do s. Bogusławy, by swe cierpienia i modlitwy ofiarowała za poszczególnych chorych o ich nawrócenie, aby pojednali się z Bogiem w Sakramencie Pokuty. Przychodził potem bardzo często z radosną nowiną
i dziękował jej za skuteczne modlitewne zaplecze. W homilii mszalnej wspomniał : „Gdy mieliśmy trudne przypadki
i wiadomo było, że człowiek musi stanąć na sądzie Bożym, a stał z dala od Boga - wtedy zwracałem się do Siostry Bogusławy, aby ona ofiarując swe ogromne cierpienia - ponieważ była, jak skazańcy dybami, przykuta do łoża boleści, na którym nie mogła się nawet obrócić, a prócz tego doznawała takich boleści, że traciła przytomność - zjednywała im pomoc Bożej łaski. l czyniła to. Wiele dusz z tej parafii, które stanęły przed sądem Bożym jej wstawiennictwu
i orędownictwu zawdzięczać będą wyrok szczęśliwy”. Siostra Bogusława mimo ogromnych cierpień nie zasklepiała się
w sobie. Miała szerokie serce, z którym wychodziła ku każdemu, kto się z nią zetknął. Wyczuli to mieszkańcy Chojnowa
i często przychodzili do niej po radę, pociechę czy wsparcie w modlitwie, wierząc, że ona najlepiej doradzi, pocieszy, uprosi.
„To była najlepsza ziemska matka, siostra, przyjaciółka; to była osoba, która potrafiła pokazać drogę prawdy; to była osoba, która tak bardzo cierpiała, ale umiała wlać w czyjeś serce otuchę i prawdziwa wiarę ”.
„Była bardzo czuła i dobrego serca i umiała każdemu doradzić” - piszą w swych pośmiertnych wspomnieniach o siostrze Bogusławie mieszkańcy Chojnowa Janina Jakubiszyn i Zuzanna Kaczmarczyk. Nic więc dziwnego, że zyskała sobie miłość, szacunek i uznanie wielu. W czasie choroby często odwiedzali ją parafianie Chojnowa, lekarze i pielęgniarki. Dla każdego znalazła dobre słowo, pociechę i wyrazy serdecznej wdzięczności. Umiała dziękować za każdą przysługę, nawet najmniejszą. W ostatnim dniu przed śmiercią bardzo wyczekiwała na pielęgniarkę, która prawie codziennie ją odwiedzała i w miarę możliwości przynosiła ulgę
w cierpieniu. Chciała jej już po raz ostatni serdecznym „Bóg zapłać” podziękować za wszystko. Prawdziwą wdzięczność wyrażała jednak w modlitwie, o której tak często zapewniała w nadziei, że Bóg najlepiej potrafi wynagrodzić. Szczególną wdzięczność miała dla sióstr, które ją przez tyle lat obsługiwały. Doceniała każdą ich przysługę i często ubolewała nad tym, że siostry z jej powodu muszą się męczyć i ograniczać godziny snu. Wieczorem zawsze mówiła: „Panie Jezu daj, abym w nocy nie budziła i nie przeszkadzała zmęczonym siostrom”. Rankiem w święto Narodzenia N.M.P. zmarła, ksiądz proboszcz miejscowy odprawił
Mszę św., o którą prosiła śp. Siostra Bogusława – odprawił ją przy jej zwłokach. Zmarłą licznie nawiedzali znajomi
i parafianie Chojnowa. Przez trzy dni tłumnie ciągnęli starzy i młodzi, mężczyźni i dzieci. Przychodzili z kwiatami, aby pożegnać „swoją siostrę”, by się pomodlić za tę, której tak wiele zawdzięczali. W oczach wielu, zwłaszcza osób starszych można było zauważyć łzy. Pogrzeb śp. Siostry M. Bogusławy był prawdziwą manifestacją. Wziął w nim udział J. E. Ks. Bp Andrzej Wronka oraz ponad 20 księży, którzy znali Siostrę Bogusławę i jej pracę; była też Matka Generalna i około 20 sióstr. Parafianie Chojnowa dopisali; cały rynek i droga prowadząca na cmentarz były zapełnione ludźmi. Ciężką dębową trumnę nieśli na ramionach parafianie ok. półtora kilometra, a karawan jechał pusty; chcieli oddać „swojej siostrze” ten trud, tę ostatnią przysługę
w dowód wdzięczności, przywiązania, miłości. Pełne nadziei i radości chrześcijańskiej były słowa homilii mszalnej wygłoszonej przez Ks. Biskupa. Zaznaczył w niej, że Siostra Bogusława życiem swoim i śmiercią odtworzyła rysy Chrystusowego człowieczeństwa, utożsamiła się z Chrystusem w tajemnicy Jego męki i śmierci.
AGSD, Księgi Nekrologiczne, T. III (1967-1983), s.128-136 (bez sygn.)
s. Salutarisa (Marianna) Marciniak (12 VIII 1910 – 4 XI 1979) Najstarsza spośród siedmiorga rodzeństwa córka leśnika Czesława i Agnieszki z domu Błaszczyk. Miejscem urodzenia s. Salutarisy była miejscowość Cielcza k. Jarocina w woj. poznańskim.
Do Zgromadzenia wstąpiła 19 IV 1933. Po kilkumiesięcznym postulacie i rocznym nowicjacie złożyła pierwsze śluby w dniu 8 XII 1934. Jako młoda profeska została wysłana na placówkę w Folwarkach (wschodnie tereny Polski) i tam pracowała do czasu przesiedlenia sióstr na skutek przesunięcia granic po zakończeniu II wojny światowej, od 1945 r, przebywała na placówce w Chojnowie, dokąd przybyła jako repatriantka z terenów wschodnich.

Głównym zajęciem s. Salutarisy w Folwarkach była praca w kuchni. Oprócz tego zajmowała się chorymi; chodziła często do bardzo odległych wiosek, aby za przykładem Założyciela nieść pomoc potrzebującym. Pomagała też przy dzieciach w ochronce, a także spełniała różne prace domowe. Była gospodarna i bardzo pracowita. Dzięki swej zapobiegliwości siostry wyremontowały dom i pięknie pracowały dla dobra miejscowej ludności zyskując sobie ogólne uznanie i szacunek. Ale nadeszły koszmarne lata II wojny światowej. Siostry musiały się ukrywać do tego stopnia, że chodziły w przebraniu świeckim gdyż groziło im wywiezienie na Sybir. Kilka razy zmuszone były uciekać ze swojego domu i chronić się u ludzi - po domach, piwnicach i oborach. Dwukrotnie groziło im rozstrzelanie. Cierpiały przy tym na równi
z okoliczną ludnością częsty głód i niedostatek,
Po skończeniu działań wojennych zostały przewiezione z całym transportem repatriantów
na Ziemie Zachodnie. Przydzielono im dom w Chojnowie, ul. Dąbrowskiego. Dom był zniszczony i trzeba było znowu rozpocząć od nowa - od remontów i urządzania znośnych
do zamieszkania warunków. (Podano wg relacji s. Euzebii Krzyszowskiej). Siostra Salutarisa przejęła w Chojnowie obowiązek kucharki. Gotowała dla sióstr, dla miejscowych księży,
dla dzieci w ochronce i dziewcząt z internatu prowadzonego przez siostry (ok. dziesięć dziewcząt). Nadto opiekowała się chorymi i biednymi parafii, szyła szaty liturgiczne dla kościoła, który zaraz po wojnie był bardzo biedny pod tym względem, troszczyła się
o zaopatrzenie domu i przedszkola. W latach 50 - tych pełniła funkcję przełożonej domu. Dzielna była, energiczna i przedsiębiorcza. Z latami jednak jej fizyczne możliwości zaczęły się wyczerpywać. Dokuczało jej nadciśnienie, niewydolność serca, potem dołączyła poważna choroba stawu biodrowego i kręgosłupa. Zachodziła obawa, że nie będzie mogła chodzić, ale po ciężkiej i bolesnej operacji w 1972 r. obawa ta została zażegnana, lecz s. Salutarisa już do końca życia nie była pełnosprawna. Dolegliwości choroby starała się znosić spokojnie,
z poddanie się woli Bożej, choć czasem było jej przykro i dużo ją to kosztowało. Mimo cierpienia zachowała pogodę ducha i wielką życzliwość dla wszystkich. Z usposobienia była porywcza, ale miała dobre serce. Dużo też wkładu, starań i zabiegów włożyła w to, żeby pozbyć się z ich domu lokatora bardzo dla sióstr nieżyczliwego. Dla ludzi była dobra, umiała z nimi pracować, interesowała się ich sprawami jakby swoimi własnymi, a szczególnie był jej bliski los ludzi biednych, potrzebujących. Służyła im radą, a nade wszystko modlitwą.
W sierpniu 1979 r. dostała silny atak sercowy, nastąpił wylew połączony z paraliżem.
Po prawie dwóch tygodniach odzyskała przytomność, ale stan był nadal ciężki. Pod koniec października na życzenie rodzonej siostry przewieziono ją do szpitala specjalistycznego
w Gnieźnie, gdzie zmarła i została pochowana w 70 roku życia, 47 roku powołania zakonnego.
AGSD, Księgi Nekrologiczne, t. III (1967 – 1983), bez sygn.
s. M. EUZEBIA (CZESŁAWA) KRZYSZOWSKA (20 VI 1928 - 7 IX 1998) Urodziła się w Hucie Starej, par. Monasterzyska, pow. Buczacz w woj. tarnopolskim. Była najstarszą spośród czworga dzieci szewca Antoniego i Anny z d. Romanów, która była krawcową. Od najmłodszych lat pozostawała pod opieką sióstr, albowiem rodzice byli zajęci pracą. Kiedy zaczęła chodzić do szkoły, to poza godzinami lekcyjnymi przebywała nadal u sióstr, gdzie czuła się bardzo dobrze, odczuwając ich troskliwą opiekę. Jako mała dziewczynka obserwowała ich życie, ich oddanie się i poświęcenie dla małych dzieci, gdy miała 12 lat chodziła z siostrą na wycieczki do sąsiednich wiosek. Na wiosce życie dzieci biednych, brudnych
i opuszczonych przez rodziców robiło na niej wielkie wrażenie. Tak, że kiedyś zapytała siostry: Dlaczego tu nie ma ochronek, gdzie dzieci mogłyby zaznać czułej opieki sióstr, a przede wszystkim, aby mogły usłyszeć coś o Bogu. Odpowiedź brzmiała, że mało jest sióstr i tu jest tak daleko. Wtedy podchwyciła tę odpowiedź i postanowiła pójść do klasztoru, aby siać słowo Boże i opiekować się biednymi dziećmi. Podczas II wojny światowej przebywała u sióstr jako stróż. W swoich wspomnieniach napisała, że miała pilnować sióstr przed wywiezieniem na Sybir, przed napadami bandy ukraińskiej, jak trzeba było chodziła po kryjomu i donosiła posiłki do kryjówek, gdzie przebywały ukryte siostry.
W 17 roku życia zaczęła poważnie myśleć o wstąpieniu do klasztoru, odczuwając silnie głos Boży. W czasie repatriacji przyjechała z ludnością z Folwark, ale rozdzielono ich z siostrami.
W roku 1947 poprosiła o przyjęcie, a 28 VIII 1948 przyjechała do klasztoru. Siostra Euzebia zapisała:
W 1945 r. w grudniu otrzymałam list z Dębicy, że siostry Bogusława i Salutarisa są osiedlone
w Chojnowie. Pojechałam i prosiłam drugi raz czy mogłabym wstąpić do Zgromadzenia Sióstr. Przyjęły mnie siostry, ale Najprzewielebniejsza Matka Generalna Brygida powiedziała, że jestem jeszcze młoda, mam uczyć się, ukończyć szkołę w Chojnowie przy siostrach i pomagać w pracy. Odnalazłam siostry
w Chojnowie i pomagałam im przez jakiś czas porządkować dom. Razem z nimi sprzątałam, pomagałam w przedszkolu i s. Bogusławie w przygotowaniu do I Komunii św. Po wojnie było dużo dzieci, młodzieży
i starszych, którzy przejeżdżali transportami ze Wschodu. Parafia Chojnów była duża, obejmowała wtedy 14 wiosek, 7 kościołów. W parafii było tylko 2 kapłanów. Praca w duszpasterstwie była duża,
a przygotowanie do I Komunii św. i katechizację powierzył ks. kanonik Adam Łańcucki siostrom. Wykłady katechetyczne udzielał mi wtedy ks. J. Zieliński. Pod jego kierownictwem na dnie skupienia i kursy wyjeżdżałam do Wrocławia, które organizowane były przez Kurię. W wolnych godzinach pracowałam
z s. Wilhelminą, a potem z s. Dobromilą w kościele św. Piotra i Pawła. Jeszcze przed złożeniem ślubów w 1949 została wysłana na placówkę do Powroźnika, a potem do Zaborowa, następnie uczyła się u sióstr urszulanek w Krakowie, później rozpoczęła nowicjat w Dębicy.
Pierwsze śluby złożyła 8 XII 1952, a wieczyste 6 lat później. Po złożeniu pierwszej profesji
do 16 VII 1953 pomagała siostrze Mistrzyni. Wyjechała do Chojnowa, gdzie posługiwała jako zakrystianka i katechetka (1953-1956). Oprócz szkół w Chojnowie katechezą obejmowała także punkty katechetyczne należące wtedy do parafii Chojnów, oddalone o kilka i kilkanaście kilometrów we wsiach: Rokitki, Zamienice, Goliszów, Niedźwiedzice, Dobroszów, Pątnów, Witów, Osetnica, Czernikowice, Jerzmanowice, Kondradówka i Biała. Była to niebezpieczna posługa jak sama wspominała: Z wielkim narażeniem życia w drodze, kiedy na Zachodzie jeszcze wtedy różne były napady na drogach czy na polach. Zimno, deszcz i mróz, wracałam wieczorem, głodna i zmarznięta. Spieszyłam się, by zdążyć otworzyć kościół i przygotować do Mszy św. Prałam, sprzątałam, naprawiałam, troszcząc się o bieliznę kościelną do 5 kościołów. Po trzech latach pracy w Chojnowie przebywała rok w Solcu Zdroju jako katechetka, następnie wróciła do Chojnowa, gdzie posługiwała do X 1980, tam się rozchorowała. Jako chora została skierowana do Łęk Górnych, gdzie na miarę swych możliwości i postępującej choroby pomagała
w pracach domowych, następną placówką był Gostyń ul. Wolności do połowy 1995. Od sierpnia 1996 przebywała w Częstochowie ul. Borelowskiego, gdzie zmarła w szpitalu 7 IX 1998. Pogrzeb odbył się dnia 9 września.

AGSD, sygn.I-J-b-6/6 - Księgi Nekrologiczne, T. VI (1994-2000), s.207-209
