Wygląda dobrze
To pole jest wymagane

Kamienne Gody Państwa Czesława i Marii Bowycz

Siedemdziesiąt lat wspólnego życia. Ile par ma to szczęście? To niezwykle rzadki i piękny jubileusz, będący świadectwem miłości, wzajemnego szacunku i oddania. Państwo Maria i Czesław Bowycz świętowali dziś 70. rocznicę zawarcia związku małżeńskiego, otoczeni najbliższą rodziną.

Z tej wyjątkowej okazji w Kościele pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny w Chojnowie odprawiona została uroczysta Msza Święta w intencji Jubilatów, prowadzona przez ks. proboszcza Dariusza Pudełko, który podkreślił wyjątkowość tego wydarzenia, przyznając, że po raz pierwszy w swojej posłudze przewodniczy Mszy Świętej w intencji małżeństwa z tak imponującym, 70-letnim stażem.

W tej wzruszającej uroczystości uczestniczyli nie tylko Jubilaci, ale również ich najbliżsi – dzieci, wnuki i prawnuki, którzy wspólnie dziękowali za siedem dekad małżeństwa oraz za piękny przykład trwałej miłości i rodzinnych wartości.

Siedemdziesiąt lat wspólnego życia to historia pełna codziennych wyzwań, radosnych chwil, wzajemnego wsparcia i budowania rodzinnego domu. Tak niezwykły jubileusz jest inspiracją dla kolejnych pokoleń i przypomina, że prawdziwa miłość dojrzewa z każdym wspólnie przeżytym rokiem.

Jak rozpoczęła się historia Państwa Marii i Czesława Bowycz? Poniżej przedstawiamy opowieść o ich wspólnej drodze, która rozpoczęła się siedemdziesiąt lat temu i trwa nieprzerwanie do dziś.

***

Lipcowe słońce wpada przez okno, kładąc się ciepłym blaskiem na pooranych zmarszczkami dłoniach Marii i Czesława. Siedzą za stołem i ze wzruszeniem opowiadają niezwykłą historię swojego życia. Gdy patrzy się na nich dzisiaj, trudno uwierzyć, jak wiele burz musiało przetoczyć się przez ich życie, zanim dotarli do spokojnego portu.

Ich historia zaczęła się od jednego, przypadkowego spojrzenia przed kościołem w Konradówce. Czesław przyjechał w te strony z Wrocławia jako młody geodeta. Miał wówczas dwadzieścia jeden lat i bagaż doświadczeń, który mógłby złamać niejednego dorosłego człowieka. Los nie oszczędzał go od najmłodszych lat. Jako pięciolatek stracił matkę, a niedługo później, w 1941 roku, odszedł także jego ojciec. Wojenna zawierucha przyniosła głód, rozłąkę z bliskimi i ucieczkę przed okrucieństwem. Musiał opuścić rodzinny dom wraz z rodzeństwem przed banderowcami (dzień po ich ucieczce cała wioska została bezlitośnie wymordowana). Jakby tego było mało kolejny dom stracił w powodzi, potem jeszcze nieszczęśliwy wypadek z dzieciństwa, gdy podczas zabawy na podwórku proch wybuchł mu prosto w twarz, trwale uszkadzające wzrok. Część swojego dzieciństwa spędził w domu dziecka…

Mimo tych wszystkich ciosów, Czesław zachował w sobie wrażliwość na piękno. I właśnie to piękno dostrzegł pewnej majowej niedzieli, gdy z kościoła w Konradówce wychodziła dziewiętnastoletnia Maria. Miała w sobie ujmującą świeżość i spokój, który natychmiast go urzekł. Zaczął szukać jej towarzystwa, a ona, początkowo nieśmiała, szybko dostrzegła w młodym geodecie niezwykłą siłę charakteru i dobre serce. Niespełna rok później byli już małżeństwem. Ślub cywilny w Konradówce połączył ich losy na zawsze.

Młodzi małżonkowie zamieszkali w rodzinnych stronach Czesława, w Zagórzu Śląskim. Nieopodal, w Jedlinie-Zdroju, przypieczętowali swój związek przed ołtarzem, biorąc ślub kościelny. Wkrótce na świecie pojawiła się pierwsza córka. Czesław, czując na barkach odpowiedzialność za rodzinę, robił wszystko, by zapewnić bliskim godne warunki. Po pewnym czasie wrócili i zamieszkali w niewielkim mieszkaniu w Chojnowie. Gdy rodzina zaczęła się powiększać - najpierw o drugą córkę, a potem o syna - Czesław z determinacją starał się o większe mieszkania, organizując kolejne przeprowadzki. Czas mijał, pięcioosobowa rodzina jak mogła układała sobie życie. Oboje pracowali zawodowo - ojciec rodziny zatrudnił się jako pracownik umysłowy w Dolzamecie. Maria, pracowita i zorganizowana, łączyła obowiązki domowe z pracą - najpierw w papierni, później również w Dolzamecie. Oprócz pracy na etacie, Maria i Czesław prowadzili gospodarstwo. Hodowali kury, kaczki, świnie, a nawet nutrie. Uprawiali też ogród, który wymagał codziennej, ciężkiej pracy.

Mimo natłoku obowiązków znajdowali czas na rozrywkę - potańcówki, wspólne wczasy, spotkania z przyjaciółmi i rodziną.

Jednak los ich nie oszczędzał - dorosłe życie przyniosło im kolejne dramaty, które dla wielu małżeństw bywają barierą nie do przejścia. Najpierw przyszła ciężka choroba córki, wymagająca od nich nadludzkiej siły i ciągłej troski. Potem uderzył cios najstraszniejszy - śmierć syna. Ten ból rozdarł ich serca, ale nie oddalił od siebie - jeszcze mocniej połączył. W tych trudnych chwilach, gdy brakowało sił, a zdrowie obojga zaczynało szwankować, Maria i Czesław stawali ramię w ramię. Wyręczali się w najprostszych obowiązkach, szeptali słowa otuchy i trzymali za ręce dodając sobie sił.

„Zawsze się wspieraliśmy, nie było czasu na głupoty” - wspominają dzisiaj z lekkim uśmiechem. To właśnie ta prosta życiowa mądrość, stała się spoiwem, które przetrwało siedemdziesiąt lat.

Dziś Maria i Czesław Bowycz czują przede wszystkim głęboką dumę. Ich największym i najpiękniejszym pomnikiem są dzieci, które - jak sami podkreślają - wychowali na dobrych, uczciwych i poukładanych ludzi. Z satysfakcją obserwują jak toczy się ich życie, cieszą się z sukcesów sześciorga wnucząt i z zachwytem patrzą na dorastanie sześciorga prawnucząt.

Nie ma w nich żalu do trudnej przeszłości. Jest wdzięczność za każdy wspólny dzień i ciche, wypowiedziane z nadzieją życzenie: „Chcemy jeszcze trochę razem pożyć”… 

Wierzymy, że ta wieloletnia miłość ma jeszcze wiele pięknych kart do zapisania.