Wywiad z Dionisiosem Sturisem



W ostatnim czasie pojawiła się na rynku wydawniczym, poruszająca książka autorstwa Ewy Winnickiej i Dionisiosa Sturisa pt. "Władcy strachu. Przemoc w sierocińcach i przełamywanie zmowy milczenia". Jest to wstrząsający reportaż, ilustrujący krzywdę, jaka dotknęła dzieci w domach dziecka na wyspie Jersey. Autorzy przybliżają polskiemu czytelnikowi w sposób bardzo szczegółowy oraz empatyczny proceder trwający latami. Przełamują zmowę milczenia oraz szukają prawdy, która była tuszowana i nigdy nie miała prawa wyjść na światło dzienne.

Dionisios Sturis, wybitny dziennikarz, pochodzący z Chojnowa, mający na swoim koncie kilka książek reporterskich oraz nominacji do wielu prestiżowych nagród, zgodził się udzielić nam wywiadu. Zachęcamy do zapoznania się z Jego twórczością oraz do śledzenia działalności Dionisiosa na stronie: www.sturisowe.com.

 

 

Joanna Stępień: Jak doszło do powstania książki? Jak narodził się pomysł, by zająć się właśnie tą historią?

 

Dionisios Sturis: Byliśmy z Ewą na Jersey, żeby zebrać materiały do innej książki – do „Głosów". Piszemy w niej o trudach życia imigracji na przykładzie Polaka, który mieszkał na wyspie z rodziną, pracował, dobrze zarabiał, a w 2011 roku niespodziewanie zamordował sześć osób, w tym swoich najbliższych. Kiedy mieliśmy już wracać do Warszawy, dowiedzieliśmy się, że na dniach szef miejscowego rządu zamierza ogłosić raport specjalnej, niezależnej komisji, która przez kilka lat badała przypadki systemowej przemocy wobec dzieci w ośrodkach opiekuńczych na Jersey. Znajomy dziennikarz powiedział nam, że będzie to historia, jakiej wyspa nie widziała, przy której blednie nawet masowy mord w wykonaniu Polaka. Więc zmieniliśmy plany i po weekendzie poszliśmy na konferencję szefa rządu. Ta historia więc w pewnym sensie sama nas odnalazła. Kiedy usłyszeliśmy, co przez całe dekady działo się na Jersey, wiedzieliśmy, że musimy to opisać.    

 

 

J.S. - Wasza książka przedstawia proceder, wokół którego nastała wielka zmowa milczenia, kto jest zamieszany w tą przerażającą krzywdę wyrządzoną najmłodszym i bezbronnym ofiarom?

 

D.S. - Przemoc wobec dzieci w sierocińcach i w rodzinach zastępczych była na Jersey wynikiem systemowych zaniedbań – lokalne władze o wiele bardziej niż dobrem najmłodszych były zainteresowane utrzymaniem obrazu wyspy jako rajskiej, pięknej, spokojnej i bezpiecznej enklawy, jako raju podatkowego, wymarzonego miejsca dla inwestycji. Kolejne wyspiarskie rządy nie przejmowały się kontrolowaniem sytuacji w sierocińcach i ośrodkach opiekuńczych, nie przyjmowały nowych rozwiązań prawnych, które pojawiały się na sąsiedniej, większej wyspie, czyli w Wielkiej Brytanii. W konsekwencji dzieci trafiały pod opiekę ludzi do tego zupełnie nie przygotowanych, a gdy tylko próbowały komuś powiedzieć o tym, co dzieje się w ośrodkach, były surowo karane – na przykład przymusowym leczeniem w szpitalu psychiatrycznym. Skarg dzieci nie chcieli słuchać opiekunowie, pracownicy socjalni, policjanci, czy miejscowi dziennikarze. Politycy też woleli, by opowieści o biciu, gwałtach, torturach psychicznych i fizycznych pozostały tam, gdzie ich miejsce, czyli pod dywanem. Bo pieniądze bogatych inwestorów lubią ciszę. Poza tym Jersey to mała wyspa, mieszka na niej zaledwie około stu tysięcy osób – w takiej społeczności, gdzie wszyscy znają prawie wszystkich, trudniej o wyjawianie niewygodnej prawdy, bo sprawcą może być kuzyn lub kolega ze szkoły, sąsiad z podwórka, przyjaciel. Gdyby nie policjanci spoza wyspy, którzy dostali na Jersey pracę, nigdy nie doszłoby do słynnej Operacji Prostokąt, śledczy nie znaleźliby ludzkich kości w sierocińcu Haut de la Garenne, żaden sprawca przemocy i żaden pedofil nie trafiliby przed oblicze sądu. Ofiary nie doczekałyby się sprawiedliwości nawet w minimalnym wymiarze.

 

 

J. S. - Czy podczas zbierania materiału, miałeś obawy czy powinniście kontynuować i brnąć w tą historię? 

 

D.S. - Oboje z Ewą czuliśmy, że musimy doprowadzić tę historię do jakiegoś końca. Rozmowy z ofiarami, z ocaleńcami (definicję tego terminu podajemy w książce), ale także lektura drastycznych fragmentów raportu, w których dawni wychowankowie sierocińców opowiadają o krzywdach z dzieciństwa – wszystko to było dla nas wyzwaniem. Praca nad książką nie była łatwa, ale mieliśmy przekonanie, że od naszego dyskomfortu, podobnie jak od ewentualnego dyskomfortu czytelników, ważniejsza jest próba zawalczenia o sprawiedliwość dla tych, których przez lata nikt nie chciał słuchać. 

 

J. S. - Jak długo powstawała książka i czy pisanie w tandemie nie jest skomplikowane?

 

D.S. - Praca nad książką trwałą prawie trzy lata – sporo czasu musieliśmy spędzić na Jersey, ale odwiedziliśmy także Anglię i Szkocję, żeby porozmawiać z naszymi bohaterami. Zapoznanie się z samym raportem – liczącym dziesiątki tysięcy stron – zajęło nam wiele miesięcy. Na szczęście pracowaliśmy we dwójkę, mogliśmy się dzielić pracą, a później także pisaniem. Mieliśmy już cenne i bardzo pozytywne doświadczenia ze wspólnego pisania „Głosów".

 

J.S. - Wasza książka uświadamia nam, jak wiele zła dokonało się w Jersey i jak bardzo próbowano to zatuszować. Na jakim etapie jest ta sprawa?

 

D.S. - Z powodów politycznych Operacja Prostokąt nie przyniosła oczekiwanego katharsis. Ofiary znów poczuły się oszukane, nie wszyscy mają poczucie, że ich krzywdy zostały naprawione. Najgorsi sprawcy albo zmarli przed postawieniem im zarzutów, albo są chronieni i mimo dowodów nic złego im nie grozi. Część dawnych wychowanków Haut de la Garenne i innych ośrodków dostała odszkodowania finansowe, pomoc psychoterapeutyczną, powstał też raport, który przyznaje rację ofiarom, a poważnie obciąża wyspiarski establishment. Wszystko te działania naprawcze są szalenie ważne, ale niewystarczające. Także dlatego, że, jak piszemy w zakończeniu książki, dzieci na Jersey wciąż są zagrożone. Haut de la Garenne już nie działa, ale niebezpieczeństwa czyhają dziś gdzie indziej.  

 

J.S. - Czy jakiś szczegół dotyczący opisanej przez Was historii, wyjątkowo Cię dotknął, poruszył i zapadł w pamięć? 

 

D.S. - Eric Chandler – jego historia najbardziej mnie dotknęła. Co sobotę przyjeżdżał po niego do Haut de la Garenne elegancki pan pozujący na dobrodzieja. Zabierał chłopca na lody i na rejsy swoją prywatną łódką, a gdy oddalali się od brzegu, brutalnie go molestował. Przez lata nikt Ericowi nie wierzył. Sprawa wyszła na jaw dopiero wtedy, gdy jako dorosły mężczyzna zaczął szantażować dawnego prześladowcę, a ten zgłosił szantaż na policję. To naprawdę dramatyczna historia, podobnie jak wiele innych, w których opisujemy błędne koło przemocy: dzieci, które doświadczały przemocy, uczą się używać jej wobec innych. 

 

J.S. - Wasza książka została odebrana przez polskich czytelników?

 

D.S. - Sygnały mamo bardzo pozytywne, czytelnicy piszą, że lektura nie należy do najłatwiejszych, ale że jest niezwykle ważna i potrzebna. Zwracają też uwagę na uniwersalizm zła, o którym opowiadamy. Te same mechanizmy, które obserwowaliśmy na Jersey, widzimy w Polsce – na mapie Polski jest wiele takich wysp jak Jersey i tak jak na Jersey polscy sprawcy przemocy często unikają kary. Całe szczęście powstają na ten temat filmy dokumentalne, reportaże w gazetach, książki. O wydarzeniach na Jersey nikt przed nami nie napisał. „Władcy strachu" są pierwszą książką, która opowiada tę historię.  

 

J.S. - Czy masz już temat na kolejną książkę? 

 

D.S. - W następnej książce wracam do Grecji. Powinna się ukazać w przyszłym roku.

 

J.S. - Dionisiosowi, serdecznie dziękujemy za poświęcony czas, by przybliżyć nam swoje ostatnie dzieło oraz życzymy dalszych sukcesów.

 

Rozmawiała Joanna Stępień.

 

(szerokość: 750 / wysokość: 750)

 

 

serwis jest częścią portalu miejskiego www.chojnow.eu przygotowanego przez MEDIART (w CMS) © przy współudziale Urzędu Miejskiego w Chojnowie